|
wtorek, 08 grudnia 2009
![]() Powyższe niezwykle intrygujące zdjęcia pochodzą ze strony Streetarts.pl. Jego autorka, Lila, zrobiła je będąc przejazdem w Poznaniu. Gdzie? Ponoć w okolicy Starego Rynku. Miało to miejsce kilka lat temu, więc ciężko orzec, czy ten klimatyczny sklepik dalej istnieje. Mnie osobiście klimat zdjęć i miejsca totalnie zauroczył, tym bardziej więc z chęcią bym go odwiedziła. I tu pytanie do wszystkich Czytelników CKS-a: czy ktokolwiek z Was kojarzy to miejsce? No właśnie. Gdzie u licha może się ono znajdować...? Wszystkich, którzy chcieliby mnie w tej materii oświecić, zapraszam do pozostawienia komentarza. Będę ogromnie wdzięczna. Podobnie jak osoby, którym w tym roku chcę zrobić ładne prezenty na święta.
wtorek, 01 grudnia 2009
![]() Sama siebie zaskoczę tym wyznaniem, ale naprawdę nie mogę się doczekać obchodów 200 rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Powód? Film, który z tej okazji jest realizowany. Nie sądzę bowiem, by w normalnych warunkach udało się na kino familijne wyciągnąć sumkę tajemniczo określaną mianem "największej w historii polskiej kinematografii dotacji do animacji". Pieniądze jednak na hasło "słynny polski kompozytor" się znalazły. W przypadku filmu "Projekt Chopin" nie bez znaczenia pozostają również referencje od Amerykańskiej Akademii Filmowej. 85-minutową animację inspirowaną etiudami kompozytora przygotowuje ta sama ekipa, która zrealizowała oscarowego "Piotrusia i Wilka". W sieci pojawiły się już pierwsze kadry projektu. Na całość przyjdzie nam jeszcze poczekać - premierę przewidziano dopiero na przełom września i października przyszłego roku. ![]() Więcej informacji o twórcach "Projektu Chopin" znajdziecie w poniższym filmie:
niedziela, 29 listopada 2009
wtorek, 24 listopada 2009
![]() W ubiegłym tygodniu dostałam reprymendę od znajomej za zamieszczenie na CKS-ie filmiku "Father". Recenzja była miażdżąca: "Za smutny!". Obiecałam więc przyjaciółce, że w najbliższym czasie na blogu pojawi się pewien zabawny film. Tylko że to było tydzień temu... A teraz już naprawdę ciężko mi jednoznacznie orzec, czy przypadkiem ten filmik również nie jest zbyt przygnębiający. Wszystko z powodu pewnego dialogu, który w niezmienionej postaci ma miejsca zarówno na początku filmu, jak i na końcu: Panienka: Chcesz ze mną chodzić? Chłopiec: Wolę pograć w piłkę. W końcu z perspektywy nastolatki ta historia to prawdziwy dramat. Oceńcie sami.
poniedziałek, 23 listopada 2009
![]() W sieci właśnie pojawiły się materiały dokumentujące wystawę Tima Burtona w MoMA. Aż chciałoby się je oglądać, oglądać i oglądać. Jak reklamuje się wystawy? A tak: ![]() Tako rzecze Burton: ![]() Zdjęcia pochodzą ze strony Otto-Otto.com Jeszcze więcej znajdziecie na Flickr.com
czwartek, 19 listopada 2009
...co oznacza, że czas najwyższy podzielić się z Wami swoimi wrażeniami. Mam wielki respect dla Abe Sapiena, twórcy Subnormal.pl, za jego wkład w popularyzację winyli w Polsce. Bo bądźmy szczerzy, gdyby nie Abe, znajomość winylowego tematu byłaby niezwykle nikła. No i nie byłoby imprez jak ta wczorajsza. Tym bardziej więc jest mi przykro, jak co poniektórzy artyści zrzeszeni pod patronatem Vinylcanvas.com podeszli do customizacji zabawek. Aż chciałoby się pogrozić im paluszkiem. Wystarczy przecież poczytać fora poświęcone DT, by zrozumieć, że chociaż zabawki zwykle kojarzą się z dziećmi, ich customizacja bynajmniej do dziecinnie prostych nie należy. Trzeba trochę powalczyć z zagadnieniami czysto rzemieślniczymi, jak i koncepcyjnymi. Odrobić zadanie. Bo bez wglądu na to, jak niszowym zjawiskiem są u nas winyle, biorący udział w wystawie artyści Ameryki nie odkryli. Hasło "miliony rzeczy walczy o Twoją uwagę" jak ulał przecież pasuje do kosmopolitycznego świata Designer Toys. Gęsto w tym kręgu od przewrotnych pomysłów, szalonej grafiki czy błyskotliwego designu. No i te urocze kolorki. A ponieważ aspirujący pasjonaci często dorównują poziomem uznanym designerom, zwykłam sądzić, że wszystkich twórców Designer Toys charakteryzuje owa nieznośna lekkość tworzenia, bezpretensjonalność, którą tak sobie cenią... ![]() Ustalmy jedno: artystom biorącym udział we wczorajszej wystawie nie można odmówić talentu, większość może pochwalić się pewnym dorobkiem i osiągnięciami. Sęk w tym, że wielu z nich po prostu nie siedzi w tej tematyce, z czego niestety nie potrafili zrobić swego atutu. Inni zaś za bardzo poszli w naśladownictwo. W efekcie zabrakło mi w tym wszystkim elementu zaskoczenia, który tak cenię w Designer Toysach. Co by mnie powaliło? Munny jako Krakowiaczek czy Dunny pokryty reprodukcją "Bitwy pod Grunwaldem" czy Wyspiańskim, figurka naznaczona piętnem wyrazistego autorskiego stylu (gdzie był ciah-ciah?). A także jeszcze większa liczba winylowych eksponatów. Uczucie niedosytu bowiem pozostało. Dlatego z niecierpliwością czekam na następną odsłonę cyklu "polscy twórcy customizują winyle", wierząc, że nowicjusze wyciągną naukę z pierwszego kontaktu z winylowym tworzywem. Bo takie imprezy warto organizować i to nawet nie w Cafe Mięsnej, ale w przestrzeni Starego Browaru. Wystawa Winylcanvas.com to przecież nie tylko przejaw kultu zabawek czy silnego trendu w designie. To również - a może przede wszystkim - promocja młodych twórców, więc w ich interesie leży, by się następnym razem bardziej postarać. O tym, że warto, niech świadczy chociażby refleksja, która kołacze mi się od wczorajszego wieczoru po głowie. Jaka? "Coxie" i "Dennis Wojda" - to nazwiska naprawdę warte zapamiętania. (stąd pomysł, by to właśnie ich dziełami przyozdobić ten tekst). ![]() Zdjęcia pochodzą ze strony: Vinylcanvas.com
wtorek, 17 listopada 2009
Z ogłoszeń parafialnych: "Jedną z atrakcji tegorocznej edycji festiwalu Vivisesja.pl będzie ekspozycja ręcznie malowanych figurek z galerii Vinylcanvas.com. Przez trzy kolejne dni (18-20.11) w Poznańskiej Cafe Mięsna będzie można w pełnym 3D oglądać winylowe kreacje autorstwa m.in.: Jana Kallwejta, grupy Massmix, FRM Kida czy Jakuba Rebelki. Na festiwalu zadebiutują dwa nowe nazwiska w gronie Vinylcanvas: Alex Urban i Przemek „Trust” Truściński". Wernisaż już jutro, tj. 18 listopada, o 21.00 w Cafe Mięsna, w Poznaniu. Do zobaczenia! ![]()
poniedziałek, 09 listopada 2009
czwartek, 05 listopada 2009
środa, 04 listopada 2009
Miał być wyjazd do Krakowa, wypad do Baraki i relacja dla CKS-a z odbywającej się w tym klubie wystawy prac Ciah-Ciaha. Ale wyjazdu nie będzie, jest za to choroba, która pokrzyżowała mi plany. W takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak posiłkować się notką PR-ową, której przedruk zamieszczam poniżej. Pozwolę sobie tylko przypomnieć, że o tym panu miałam już przyjemność pisać Wam w tym roku. To właśnie Ciah-Ciah był jednym z bohaterów mojego artykułu o Paper Toysach opublikowanego na łamach Aktivista. O tym, że na papierowych ludzikach świat artysty się nie kończy, możecie przekonać się w krakowskim klubie. Uwaga! Wystawa tylko do 25 listopada. ![]() "Samozwańczy fetyszysta czaszek i piramid. Przedstawiciel polskiego urban artu, wykazujący się aktywnością od vlepek przez murale po paper i custom toys. Jego styl charakteryzują geometria, trójwymiar, zredukowana paleta barw. Uwielbia zderzać, ze sobą przeciwieństwa nie tylko w sferze formy – brud i wektor, ale i treści – słodycz i mrok. Porusza różne tematy, często podejmuje motyw okultyzmu, kontroli umyslu oraz omamienia jednostki przez fałszywych proroków. Niezależnie od środku wyrazu wspólnym mianownikiem jego prac jest nacisk na jakość i znajomość rzemiosła tak tradycyjnego jak cyfrowego. Kosmopolita, często bardziej rozpoznawany za granicą niż w kraju. Silnie obecny w globalnej sieci, gdzie łatwo znaleźć dobrze udokumentowane kolaboracje, projekty, sesje i wystawy. Od kilku lat tworzy prywatną kolekcję street artu". ![]() Źródło: Flickr.com
wtorek, 03 listopada 2009
Ostatnio znajomy uświadomił mi, ile pisarz może zarobić w Polsce na książce. Tak się składa, że zaczęłam już czwarty rozdział powieści, więc fakt, że jest to aż tak niewielka kwota, podziałał na mnie dość przygnębiająco. Nie poddaję się jednak - piszę dalej, całą swoją nadzieję pokładając w reklamie. Bo bądźmy szczerzy: bez dobrego marketingu nawet Harry Potter nie wyszedłby z literackiego podziemia. Customizacja, virale, guerilla marketing... - na Zachodzie do promocji książek używa się już nowoczesnych narzędzi. Im budżet na reklamę mniejszy, tym większe wyzwanie przed agencją. Przykłady rozwiązań poniżej. ![]() Książce "Autostopem przez galaktykę" Douglasa Adamsa ostatnio stuknęło 25 lat. Z tej okazji wydawca wypuścił na rynek specjalną edycję książki z naklejkami. Dzięki nim czytelnik mógł sam stworzyć okładkę jubileuszowego wydania, decydując o wyborze i rozmieszczeniu grafiki czy napisów. Młoda generacja moli książkowych powinna się poczuć dopieszczona: design połączono tu z trendem "DIY". Skromnie, za to pomysłowo. ![]() Współzałożyciel londyńskiego Ministry of Sound - James Palumbo - również chciał poczuć, jak to jest być literatem. W swej powieści "Tomas" skoncentrował się na mrocznej stronie ludzkiej natury, fabułę zaś powieści wzbogacił wyrazistymi, lekko kontrowersyjnymi ilustracjami przedstawiającymi Jezusa, świnie czy kobiety z nosidełkami na olbrzymie piersi. Promocja książki odbyła się głównie online, a jej siłą napędową miały być virale bazujące na zanimowanych ilustracjach, w których prym wiodła armia penisów... W końcu nic tak nie nakręca sprzedaży jak mały skandal. Jednak nawet kampania tej powieści blednie przy pomyśle agencji Jung von Matt. Jej zadaniem było nakłonienie gości Targów Książki we Frankfurcie do odwiedzenia stoiska należącego do wydawnictwa Eichborn. Nie wiem, czy efekt ten został osiągnięty, na pewno jednak o bannerach wydawnictwa mówili wszyscy, a to dlatego, że przylepiono je do - uwaga! - 200 much, od których goście nie mogli się opędzić. Z takim obciążeniem owady mogły latać, ale na krótkie dystanse, co sprawiało, że co rusz siadały na odwiedzających targi. To się nazywa buzz marketing.
niedziela, 01 listopada 2009
wtorek, 27 października 2009
Spójrzcie na okładkę amerykańskiego "Playboya". Wprawdzie jedna panienka wiosny nie czyni, ale w duchu i tak wierzę, iż najsłynniejsze pismo dla panów czeka rewolucja. ![]() Zanim "Playboy" pojawił się w Polsce - towarzyszyła mu aura pisma nie z tej ziemi. Anglojęzyczne egzemplarze zawierały śmiałe akty najpiękniejszych kobiet globu sfotografowanych przez Herba Rittsa czy Annie Leibovitz. Mocną stroną pisma była nie tylko grafika, ale i teksty awangardowych beatników, Trumana Capote'a czy feminizującej Angeli Carter. No i ta nutka mizoginizmu a'la James Bond. Lekka dawka humoru plus wyzwolenie pełną parą. ![]() Czasy się zmieniły, magazyn niczym jego twórca Hegh Hefner zdaje się już ciągnąć resztką sił. Wystarczy wziąć pierwszy lepszy numer. Zmianę czasu widać przede wszystkim w silikonie rozsadzającym piersi plastikowych modelek. To trochę za mało, by przykuć uwagę czytelnika. Bo "Playboy" pod względem zawartości nie oferuje swoim czytelnikom nic, czego nie znaleźlibyście wcześniej w kolorowych magazynach (dla pań). To pismo dziś raczej bez wyrazu. ![]() Okładka listopadowego numeru "Playboya" to w znacznej mierze przejaw kalkulacji i marketingowa zagrywka. Próba odmłodzenia statystycznego czytelnika, który jak dowodzą badania ma latek 35. Nie da się jednak zignorować faktu, że tak jak Simpsonowie zrewolucjonizowali 20 lat temu podejście (widzów) do animacji, tak teraz Merge Simpson ma szansę udowodnić niedowiarkom, że popkultura bywa niezwykle seksowna, a przy okazji przyciągnąć do pisma tych, którzy już o tym wiedzą. PR-owcy pisma dodatkowo zwracają uwagę na fakt, że bohaterka animacji została przedstawiona dokładnie w tej samej pozie co pierwsza czarnoskóra modelka, która na okładce "Playboya" pojawiła się w 1971 r. Wygląda na to, że "Playboya" faktycznie czeka mała rewolucja. Może nie seksualna, na pewno jednak kulturowa.
poniedziałek, 26 października 2009
Prestiżowe Museum of Modern Art w Nowym Jorku już wkrótce stanie się miejscem pielgrzymek fanów Tima Burtona. Od 22 listopada rozpocznie się tam retrospektywna wystawa poświęcona twórczości reżysera. Zaprezentowane zostaną rysunki, fragmenty storyboardów, a nawet makiety filmowe. Wszystko po to, by przybliżyć widzom przebieg Burtonowskiego procesu twórczego: od idei aż po efekt finalny. Przy okazji światło dzienne ujrzą szkice niezrealizowanych projektów. Wystawie towarzyszyć będzie przegląd filmów artysty oraz dodatkowa ekspozycja o znamiennym tytule "Tribute to Tim Burton". ![]() Kuratorom można pozazdrościć ambicji i rozmachu - ich celem jest przedstawienie Burtona jako artysty kompletnego. Ściany nowojorskiego muzeum ozdobią zatem obrazy i fotografie artysty - również z okresu, gdy nazwisko Tim Burton nikomu jeszcze nic nie mówiło. Tych, którym wycieczka do Nowego Jorku nie jest pisana, zachęcam do odwiedzenia niedawno odświeżonej strony artysty. Co ciekawe, ma ona formę galerii sztuki, po której osobiście oprowadzi Was melancholijny Stainboy, typowy Burtonowski odmieniec. ![]()
środa, 21 października 2009
![]() Moja kolekcja zabawek wzbogaciła się o kolejny niezwykłej urody eksponat. Tym razem jest to pani Filiżanka o rysach roztropnej i pełnej wdzięku damy. Nabyłam ją w dziale z ozdobami świątecznymi w domu handlowym Illum, ulokowanym w samym sercu Kopenhagi. No dobrze, kupiłam jeszcze parę innych rzeczy, ale zapewniam Was, że wpaść tam w szał zakupów to naprawdę żaden wstyd... ![]() ![]() Kilkanaście godzin spędzonych w Kopenhadze wystarczyło, by rozstanie z tym miastem złamało mi serce. Pokażcie mi inne city, gdzie bohaterów baśni upamiętania się rzeźbami, których nawet nie można zobaczyć. Ponieważ baśń dotyczyła wodnych dzieci - rzeźby je przedstawiające umieszczono na dnie rzeki, przez co turyści widzą tylko czubki ich głów. Takich smaczków z pogranicza baśni i dobrego designu w Kopenhadze nie brakuje. W końcu to miasto nie należy do Grzegorza Turnaua, Zbigniewa Preisnera i księdza Tischnera. Tylko do Hansa Christiana Andersena i Arne Jacobsena, a to zobowiązuje. Jak zapewniała nas pani przewodnik, widok dzieci leżących na posadzkach i wpatrujących się z ciekawością w eksponaty lub rysujących obrazki to w muzeum nic nadzwyczajnego, bo Duńczyków od małego zachęca się do zainteresowania się historią i sztuką. Jak widać - skutecznie. ![]() ![]() Pomijając turystyczne klasyki, o których rozpisują się w przewodnikach, moją uwagę przykuły urządzone minimalistycznie galerie sztuki, a jest ich tutaj naprawdę spore zatrzęsienie. Niemal w każdej zabawki - wszystkie w wesołych żywych kolorach. Chyba prawem kontrastu - najbardziej utkwiła mi w pamięci galeria, w której na wystawie panował chaos rodem z kiosku RUCH-u. Zamiast jednak gazet i płyt za 5 zł - na wystawie poupychano ikony designu jak chociażby lampy Kartell, których cena waha się w granicach ok. 1000 zł, a posiadaniem których jakiś czas temu chwaliła się na łamach "Elle Deco" Małgo Kożuchowska i Maciej Zień. W wersji scandinavian living Kartell to już nie snobizm, lecz zwykła nonszalancja. Ale za to jaka piękna. ![]() Na zdjęciach (mojego autorstwa) wspomniane zabawki. Panią Filiżankę pokażę Wam innym razem.
czwartek, 15 października 2009
środa, 14 października 2009
Chwała niech będzie Ricemice, która pewnego lipcowego dnia postanowiła napisać komentarz pod jednym z moich postów. W ten właśnie sposób dowiedziałam się o istnieniu Blythe. Z pozoru przypomina inne fashion dolls, lecz nie dajcie się zwieść pozorom. To nie jest lala jakich wiele. ![]() Przez długi czas uważano, że laleczka jest najgorszym pomysłem, jaki zrodził się w głowie Allison Katzman, projektantki, która w swojej karierze stworzyła ok. 500 zabawek. Dostępna w czterech różnych wersjach słodka Blythe mogła zmieniać nie tylko kolor oczu, ale również kąt patrzenia. To sprawiało, że dzieciom robiła się gęsia skórka, były bowiem pewne, że lala je śledzi. Budzących grozę laleczek rodzice nie chcieli kupować, w efekcie czego Blythe wycofano ze sprzedaży, w tym samym roku, w którym pojawiła się w sklepach: w 1972 r. Po latach z mroków historii lalkę wyciągnęła Gina Garan, nowojorska producentka clipów i zapalona kolekcjonerka lalek. Otrzymała laleczkę w 1997 r. od swego znajomego, który twierdził, że Blythe to wykapana Gina. Drugie życie lala rozpoczęła od razu w blasku fleszów. Garan robiła jej tysiące stylizowanych zdjęć, a ponieważ często podróżowała - za tło odrealnionych sesji służyły nieraz uliczki Barcelony, plaże na Hawajach czy artystowska dzielnica Soho. Poziom tych zdjęć był na tyle wysoki, że gdy w 2002 r. zostaną opublikowane w postaci albumu "This is Blythe", sam boski David La Chapelle osobiście zaangażuje się w jego promocję. ![]() Gina pokaże lalkę swojej agentce Junko Wango i w ten sposób laleczka trafi do zrealizowanej przez obie panie świątecznej reklamy japońskiej sieci sklepów Parco. Dzięki temu w krótkim czasie stanie się prawdziwą sensacją w Kraju Kwitnącej Wiśni, a wkrótce w całej Azji. O designie lalki zaczęto mówić, że wyprzedził swoje czasy. Podkreślano podobieństwo Blythe do bohaterek mangi i aktorki Christiny Ricci oraz jej odmienność od plastikowych piękności pokroju Barbie. Japońska firma CWC wykupiła licencję na produkcję dziwacznej lalki i już wkrótce w sprzedaży pojawiła się jej nowa wersja przez kolekcjonerów określana mianem NEO Blythe. W ciągu ostatnich lat Blythe zdążyła pojawić w reklamie Sony i kolekcji ubrań Alexandra McQueena dla marki Target. Wśród jej fanów wymienia się m.in. Johna Galliano oraz Issaya Miyaki. Chociaż w sklepach można dostać ubranka i całą masę dodatków, co roku odbywają się poświęcone jej wystawy i festiwale, a Gina Garan publikuje kolejne albumy, w których odkrywa nowe wcielenia Blythe - krąg posiadaczy lalki jest dość elitarny. Kiedy pod koniec ubiegłego wieku Garan zgromadziła kolekcję ok. 200 Blythe, przy czym większość z nich kupiła za 15 dolarów - z pewnością nie spodziewała się, jak niezwykle udana jest to inwestycja. Obecnie lalki te kosztują ok. 1000 zł. NEO Blythe zaś wypuszczane są na rynek w limitowanych ekskluzywnych edycjach, przez co lalki te w żaden sposób nie stają się bardziej dostępne. Jest jednak jedna rzecz w odbiorze Blythe, która od lat 70. nie uległa zmianie. To przekonanie, że nie jest to zabawka dla dzieci. ![]()
środa, 07 października 2009
...a w najnowszym numerze "Forum" tekst o Carlosie Ruiz Zafonie. Tak, tak - to ten pan od "Cienia wiatru". Wpierw pracował w reklamie, potem zaczął pisać książeczki dla młodzieży, a następnie wyemigrował do LA, gdzie dał się poznać jako sprawny scenarzysta filmowy. Książek jego (jeszcze) nie czytałam, więc o ich wartości literackiej wypowiadać się nie będę. Powiem tylko, że z artykułu wyłania się portret bardzo pewnego siebie pana, który nie bacząc na światek literacki, uknuł pewną śmiałą tezę: "Obecnie wielkie dzieła literackie są w 99 procentach przypadków dziełem twórców amerykańskich seriali telewizyjnych. Ci, którzy naprawdę umieją budować postaci, przeszli na usługi wielkich wytwórni. Ludzie mający ambicję, odpowiednią technikę i talent trudno dziś spotkać w środowiskach literackich". Słyszałam, że również w Polsce za pisanie scenariuszy do seriali wzięli się nasi pisarze. Szkoda tylko, że efekt ich pracy nijak ma się do dokonań scenarzystów np. "Układów/ Damages" czy tych z Canal Plus.
czwartek, 01 października 2009
Gdy jako dziecko wzruszyłam się nad widok szczeniaczków, pisklaczków czy kaczuszek, moja mama zwykle szybko temperowała mój entuzjazm. Nieważne, że małe zwierzątko jest ładne - twierdziła - ważniejsze, że gdy dorośnie będzie szpetne i jeszcze pewnie będzie śmierdzieć. W przypadku naszego psa jej słowa okazały się dziwnie prorocze. "A co z historią o brzydkim kaczątku? - No cóż, bajka jakich wiele". Gdy więc oglądam poniższe reklamy, myślę sobie, że końcowa kwestia równie dobrze mogłaby paść z ust mojej mamy. Efekt byłby równie komiczny, a sielanka - cóż - równie brutalnie uśmiercona.
wtorek, 29 września 2009
Okładki starych albumów jazzowych,
plakaty art-deco, fotografie Brassaiego, Batman Bruce'a Timma i twórczość
takich mistrzów anime jak Kazuhiko Kato, Osamu Tezuka i Hiroshi Masumura. Do
tego dodajmy kino noir... Z takich odwołań i inspiracji Eddie White i James Calvert
utkali fabułę swej animacji "The Piano Cat". Nic dziwnego, że erudycją zaimponowali
również swojemu rodakowi, Nickowi Cave'owi. Dzięki temu dziś głosem właśnie muzyka przemawia
stylizowany na Bogarta koci bohater "The Piano Cat". Jak przystało na kota, chadza on własnymi ścieżkami, również wtedy, gdy trzeba uwolnić ukochaną. Przy okazji odkrywa dla widza nowe znaczenie słów "kocia muzyka"... (Mała uwaga: lepiej tej bajki nie oglądać z dziećmi i kociakami - trup ściele się w niej bowiem nadzwyczaj gęsto).
poniedziałek, 28 września 2009
Uff! Przypomniało mi się wreszcie. Filutka! Pana Filutka stylem i klimatem przypominają mi prace Very Brosgol. Jest tu i żarcik, i melancholia, i cała plejada zabawnych postaci. Zaczynając od himerycznych staruszków, przez chuderlawych chłopców, na pannach o apetycznych kształtach bufetowej kończąc. Być może podobieństwo do Lengrena to zasługa słowiańskich korzeni - bo nim Vera przybyła podbić Amerykę, mieszkała sobie spokojnie w Rosji. ![]() Bardzo konsekwentna w swoich poczynaniach. Najpierw zasłynęła jako autorka publikowanego w sieci komiksu "Return to Sender". Miała wówczas zaledwie 16 lat. Chociaż jej projekt uznawany jest za jeden z ciekawszych webkomiksów, dziewczyna już od dawna go nie aktualizuje. Ostatnio nie zagląda również zbyt często na swego bloga. ![]() Nie ma się jednak co dziwić. Panna Brosgol pracuje jako storyboardzistka Laiki, a to zobowiązuje. To przecież firma, która wypuściła na rynek takie hity jak "Gnijąca panna młoda" czy "Koralina". Zresztą tej ostatniej produkcji Vera poświęciła ponad 2 lata swojego życia. I to właśnie ona kadr po kadrze rozrysowywała fabułę tego arcydzieła animacji. Być może więc wizualne podobieństwo Koraliny do Very nie jest żadnym przypadkiem. Skończmy na tych domysłach. Jedno jest pewne: kariera dziewczyny się rozkręca, a jej samej humor dopisuje. Czasami nawet czarny, o czym świadczy poniższy filmik jej autorstwa.
piątek, 25 września 2009
Właśnie wyczytałam w najnowszym "Przekroju", że dzisiaj ok. 18.30 w Warszawie odbędzie się flash mob, podczas którego dworzec centralny zamieni się w salę taneczną. Jak zapewnia organizatorka, celem akcji jest odczarowanie dworca jako miejsca, w którym ludzie się spieszą i denerwują... Wszystko to ładne i szlachetne, ale jak powiedział pewien mój znajomy "też kiedyś byłem dziwką w reklamie", to doświadczenie zaś sprawia, że wszelkie działania marketingowe wyczuję na odległość. No i proszę. Wystarczy wklepać do wyszukiwarki nazwisko organizatorki akcji, by przekonać się, że takie same nosi pracownica pewnej warszawskiej agencji, która ma w claimie "innovative strategy". Łatwo się domyślić, że w tym flash mobie jest jakaś ukryta strategia, gorzej z innowacją. Całość ma trwać jakieś 2-3 minuty, czyli pewnie dokładnie tyle, ile muzyczny miks, podczas którego usłyszymy taneczne kawałki sprzed dekady, jak i te bardziej współczesne. Wyszkoleni tancerze będą stopniowo wychodzić z ukrycia i dołączać do grupy już tańczącej. Skąd te przypuszczenia? No cóż, stali Czytelnicy Cool Kid Stuff pewnie pamiętają. Tak przecież wyglądał styczniowy event zorganizowany dla marki T-Mobile. Tak, tak, też miał miejsce na brzydkim dworcu (ale w Liverpoolu) - filmik dokumentujący to wydarzenie stał się prawdziwym styczniowym hitem w sieci. Zaledwie w ciągu 3 dni przyciągnął uwagę ponad 800 tys. internautów. Na następnym flash mobie organizowanym prze agencję Saatchi &Saatchi zjawiły się tłumy... Wspomniana przeze mnie agencja bynajmniej nie jest polskim oddziałem Saatchi. Lepiej by dla niej więc się stało, by dzisiejszy flash mob był dla T-Mobile'a(?). Oznaczałoby to po prostu, że koncept eventu oparty jest na brytyjskiej licencji. W innym wypadku ciężko byłoby obronić określenie użyte w claimie. Innowacji przecież w tym żadnej nie ma.
czwartek, 24 września 2009
Po gorylu na perkusji, balecie ciężarówek i tańcu brwiami Cadbury powraca może nie w wielkim, ale na pewno intrygującym stylu. Choć "reklama" to w tym przypadku nie do końca adekwatne określenie. Zdobyciem certyfikatu FairTrade koncern chwali się bowiem za pomocą wypuszczonego przez iTune'sa singla "Zingolo" i stworzonego doń teledysku. Kręcono go w Ghanie - niezwykle ważnej dla ruchu Fair Trade, który przecież walczy z ubóstwem, by wesprzeć przedsiębiorców w krajach Trzeciego Świata. Clip dość momentami toporny, surowy, w duchu gollywoodzkich produkcji, ale nie dajcie się zwieść pozorom, to efekt zamierzony. W końcu za jego realizację odpowiedzialna była agencja Fallon, mająca w swym dorobku produkcje, od których wyliczania zaczęłam właśnie ten post. Wprawdzie teledysk nie ma tej siły rażenia co muzykalny goryl, niemniej bazuje na świeżym jak na reklamę koncepcie, a to zawsze warte jest odnotowania.
poniedziałek, 21 września 2009
Moja ciocia D. stylistycznie utknęła w latach 80., przez co biedulka nieraz stała się obiektem żartów tej bardziej nadążającej za modą części mojej rodziny. Podśmiewano się z niej i w Wigilię 93' i Wielkanoc 02'. Teraz jednak w 2009 r. bynajmniej nikt z niej śmiać się nie zamierza. Wystarczy zajrzeć do modnych klubów, by przekonać się, że jej niezłomne przywiązanie do stylu lat młodości zostało wreszcie nagrodzone. Uświadomiłam to sobie w ubiegłym tygodniu, gdy siedząc nad piwem razem z siostrą, przyglądałam się dzieciakom, które wpadły właśnie do pubu. A niech mnie! Szerokie ramiona marynarek, uwielbienie asymetrii i geometrii, pasek w talii i takie tam. Ciocia tu, ciocia tam. Oczywiście nie wszyscy byli tak poubierani. Była tam przecież grupa starszaków. Wyglądali, jak gdyby nikt im nie powiedział, że grunge jest passe, a Kurt Cobain nie żyje. No cóż - muszę to z bólem serca przyznać - byli mniej więcej w moim wieku. Dla nich nie ma ratunku: za jakieś kilkanaście lat na rodzinnych zjazdach będzie się ich brało za dziwaków, staną się postrachem modnie rokującej latorośli, a ich garderoba oprócz sentymentalnej będzie miała również wartość muzealną. Znając jednak prawo modowej karmy i oni kiedyś staną się trendsetterami. Tak jak moja ciocia, która po 30 latach egzystowania poza modą, nieoczekiwanie dla samej siebie przerodziła się w rasową fashion victim. Przynajmniej z wyglądu. Jej historia przeczy pewnej tezie, jakoby każdy w swojej szafie powinien mieć jedną modną rzecz. Nie wydając ani grosza, moja ciocia ma ich przecież teraz całe mnóstwo. La Roux - prawie jak moja ciocia...
niedziela, 20 września 2009
Ciah-Ciah podesłał mi info o niecodziennym wydarzeniu, jakim jest Graffiti Non Stop. Czym oczywiście wzbudził mą zazdrość. Bo im bardziej Poznań zamienia się w pustynię kulturalną, z tym większym podziwem przyglądam się poczynaniom przedsiębiorczych mieszkańców malowniczego Breslau. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak prosić wszystkich, którzy w tym tygodniu zawitają na konwent graffiti/street art, o podzielenie się ze mną swoimi wrażeniami i fotkami. Chętnie znajdę dla nich miejsce na łamach CKS. Na razie zamieszczam dla Was parę słów od organizatorów: ![]() "Hala Produkcyjna, to projekt podsumowujący 5 lat Graffiti Non Stop we Wrocławiu. Konwent to ogólnopolskie spotkanie artystów wykonujących sztukę graffiti, służące wymianie doświadczeń i stworzeniu platformy w celu ukierunkowania energii płynącej ze sztuki ulicznej. W ramach konwentu graffiti/street art w Centrum Kultury AGORA odbędą się, wystawy (prezentacja płócien oraz fotografii dokumentujących poprzednie edycje GRAFFITI NON STOP, ekspozycja kolekcjonerska „designer toys”), projekcje filmowe, akcje malowania na mieście (ściana, autobus, tramwaj), prezentacje wrocławskich środowisk artystycznych oraz dyskusja panelowa dotycząca sztuki graffiti, wrocławskiego street-artu - przeszłość, teraźniejszość, przyszłość – wyobrażenia na temat współpracy z Urzędem Miejskim. ![]() Jednym z celów Hali Produkcyjnej, będzie opracowanie koncepcji zagospodarowania wybranych fragmentów przestrzeni w mieście. W ramach warsztatów, na które zostali zaproszeni polscy artyści, zostanie poruszony problem rewitalizacji wrocławskiego Śródmieścia a w szczególności obszaru Nadodrza. Wierzymy, że działania w obrębie kultury i sztuki odegrają w tym procesie bardzo ważną rolę a w trakcie trwania projektu zostaną stworzone podwaliny do opracowania spójnej wizji plastycznej zagospodarowania tej dzielnicy. Efekty pracy młodych ludzi zostaną przedstawione podczas dyskusji panelowej, która jednocześnie będzie podsumowaniem całego projektu". (więcej oczywiście na GraffitiNonStop.pl) |
Archiwum
Zakładki:
Autorka:
Great Stuff
Marketing
Moi mili
Moje texty
Polecam
Rękodzieło
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
|