Kategorie: Wszystkie | Designer Toys | Obsesja tygodnia | Sport | Spot
RSS
poniedziałek, 25 października 2010






Powyższe zabawki są mojego autorstwa. Więcej fotek znajdziecie na moim  nowym blogu Miju. Zapraszam!
21:42, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2010


Jak reklamować pismo o reklamie? Za pomocą reklamy. Ten banalny koncept za sprawą dwóch panów - Marka Dentona i Setha Watkinsa - zyskał niebanalną oprawę. Jeżeli śledziliście uważnie gorące spoty 2009 roku, czeka Was przyjemna łamigłówka. Podpowiem tylko, że o niektórych z reklam pisałam również w CKS-ie.


12:05, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 marca 2010
Powoli budzę się z zimowego snu, co oznacza, że liczba notek zamieszczanych na CKS-ie znacznie wzrośnie. Na dokończenie przecież wciąż czeka cykl o japońskich lalach ningyo. Chcę również podzielić się z Wami wrażeniami z pobytu w Barcelonie, z której wróciłam mega zadowolona i z nowymi zabawkami. Dzisiaj jednak będzie dość nietypowo, bo notkę tę w całości poświęcam rekomendacji pewnego bloga.



Elmira de Foch to blogerka dopiero początkująca, jednak z dużym potencjałem, o czym niech świadczy fakt, iż regularnie odwiedzam jej stronę. Jest kolekcjonerką lalek, a jej blog spodoba się wszystkim tym, których urzekła śliczna buzia Blythe. Znajdziecie tu m.in. zdjęcia dokumentujące przemianę, jaką kultowe laleczki przechodzą w rękach zapalonej kolekcjonerki. Być może i Wam pasja dziewczyny się udzieli. Warto tu zajrzeć również ze względu na linki. Dla wszystkich, którzy powoli już czują się zmęczeni designerskimi toysami, będzie to ciekawa odmiana. Linki prowadzą bowiem do świata polskich kolekcjonerów lalek. O tym, że jest to prężnie działającą grupa pasjonatów niech świadczy fakt, iż w ubiegłym roku zorganizowali pierwszy swój zjazd Dollplaza. Szkoda tylko, że nic o tym nie było słychać w mediach. W każdym razie w ich gronie znajdziecie zarówno kolekcjonerów Barbie, jak i Dollfie, miłośników OOAK, rodzimych twórców domków dla lalek, a także wielbicielkę The Sylvanian Family. To, co wyróżnia tę grupę i sprawia, że ich poczynaniom przyglądam się z ogromnym zainteresowaniem, jest fakt, iż do obiektów swego kultu podchodzą w niezwykle kreatywny sposób - tworzą stroje dla lalek, odpowiednią dla nich scenografię, a niektórzy próbują wręcz własnymi siłami stworzyć nowe laleczki. Dzięki nim zabawki zyskują drugie życie.



Wracając do kolekcji Elmiry, wprawdzie nie mam tak imponującego zestawu lalek co ona, jednak i w moim mieszkaniu parę dni temu pojawiła się Blythe. A właściwie Blythe Belle, czyli miniaturowa figurka przedstawiająca Cassandrę Black, jeden z modeli kultowej laleczki. Wróciła ze mną z gotyckiej dzielnicy Barcelony. 
21:44, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 marca 2010
Przyznaję - z niecierpliwością czekałam na "Gdzie żyją dzikie stwory" Spike Jonze'a. Duże wrażenie zrobiła na mnie kampania i alternatywna otoczka filmu (za muzykę do Stworów odpowiedzialna była m.in. była Karen O, wokalistka Yeah Yeah Yeahs, w trailerze słychać gwiazdę postrocka Animal Collectiv). Z recepcją poszło mi jednak trochę gorzej - filmu nie udało mi się obejrzeć do końca. Na Zachodzie tymczasem bez zmian. Film nawet po premierze cieszy się mianem "kultowego".



Status ten obraz w znacznej mierze zawdzięcza książeczce Maurice'a Sendaka, na podstawie której powstał. W amerykańskim plebiscycie na 100 najlepszych książek dla dzieci "Stwory" zajęły wysokie miejsce w pierwszej dziesiątce. O tej pozycji zadecydowały m.in. niezwykle sugestywne ilustracje - bo bądźmy szczerzy - w historyjce tej słów nie pada zbyt wiele. Bohaterem historyjki jest Maks, który zachowywał się niegrzecznie, dlatego za karę mama kazała mu iść spać bez kolacji. Leżąc w łóżku Maks robi użytek ze swojej bujnej wyobraźni i wymyśla krainę stworów, by wkrótce mianować się jej królem. Jego działania napędza gniew, ale kapituluje przed... kolacją.



Gniew, bunt, wściekłość - bardzo brzydkie emocje, rodzice więc nie chcieli kupować książeczki, a krytycy ją zbojkotowali. Dzieci tymczasem w skrycie biegały do bibliotek i księgarń, by po raz kolejny obejrzeć kolorowe obrazki z chłopcem, z którym się utożsamiały. Tak zrodził się swoisty kult książeczki, a grono jego wyznawców nieprzerwanie rosło od 1963 r. Historia samozwańczego króla dzikich stworów urzeka kolejne już pokolenie amerykańskich dzieci. I w tym być może tkwi tajemnica sukcesu filmu Spike'a Jonze'a. Jego targetem jest ściśle określona grupa: To przede wszystkim dzieci i dorośli, którzy na "Stworach" się wychowali.
19:42, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 marca 2010


Zapomnijcie o wszystkich lalkach, które widzieliście do tej pory. Japońskie ningyō - chociaż wzorowane są na ludzkiej figurze - wyglądają, jakby powstały w innej czasoprzestrzeni. Ich odmienność i zróżnicowanie wynika z faktu, iż są obecne w kulturze japońskiej od wieków, przy czym część z nich od kilkuset lat występuje w niezmienionej podyktowanej tradycją postaci. To sprawia, że w ich wyglądzie i historii - niczym w zwierciadle - znajdują swe odbicie najważniejsze polityczne i religijne idee Japonii (shintoizm, buddyzm). Na ich podstawie można ocenić również dominującą rolę poszczególnych regionów (Kioto, Honsiu), jak i najważniejsze postaci oraz trendy popkulturowe (mangą i anime). Obciążone takim historycznym balastem nie zawsze służą do zabawy. Częściej pełnią funkcję religijną, magiczną czy też - jak te występujące w teatrze bunraku - kulturotwórczą. Olbrzymi wybór zabawek sprawia, że w japońskich sklepach znajdą coś dla siebie zarówno kolekcjonerzy, jak i dzieci. I chociaż co roku na rynku pojawia się coraz więcej modeli lalek - z czego większość to majstersztyk japońskiej technologii i wzornictwa - od lat niesłabnącą popularnością cieszą się tradycyjne ningyō: kokeshi, daruma, gosho czy związane ze świętem Hinamatsuri zestawy hina. I to właśnie im w najbliższym czasie poświęcę na łamach CKS-a więcej miejsca.




Źródło zdjęć: jcollector.com
18:17, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 lutego 2010


Fajnie jest mieszkać blisko Poznania, gdy w stolicy Wielkopolski odbywa się taka impreza jak
IX Targi Książek dla Dzieci i Młodzieży. W ubiegłą sobotę razem z moim znajomym myszkowaliśmy więc między stoiskami i przyznam - ciężko było nam oderwać wzrok od książeczek tylko teoretycznie przeznaczonych dla maluchów. Co za ilustracje! Jakie tytuły! Pomijając kilku większych wystawców, prym wiodły małe wydawnictwa prowadzone przez pasjonatów. Zakamarki, Format, Eneduerabe  - by wymienić kilka, które swoją ofertę dobierają niezwykle starannie w trosce o gust literacki i artystyczny dzieci...

Gdzieś między stoiskami przemknął Koziołek Matołek czy dziwny stwór - pan Rebusik. Ku uciesze dorosłych. A gdzie były w tym czasie dzieci? Otóż dzieci były na odbywającej się w ramach targów wystawie. Tak, tak, kontemplowały sztukę, biegając między rzeźbami Józefa Wilkonia.





Pan Wilkoń - znakomity ilustrator książek, malarz, grafik i rzeźbiarz - siedział sobie przy stoliczku i ze stoickim spokojem przyjmował pełne zachwytu piski dzieci.



My tymczasem niczym lekkoatleci na torze przeszkód próbowaliśmy wyminąć dzieci, by zbliżyć się do eksponatów - zwierzyńca z bali i blachy - i utrwalić je na zdjęciach. Prawie niemożliwe, a jednak się udało!  Miłego oglądania.





21:38, faktoria01
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 grudnia 2009


Powyższe niezwykle intrygujące zdjęcia pochodzą ze strony Streetarts.pl. Jego autorka, Lila, zrobiła je będąc przejazdem w Poznaniu. Gdzie? Ponoć w okolicy Starego Rynku. Miało to miejsce kilka lat temu, więc ciężko orzec, czy ten klimatyczny sklepik dalej istnieje. Mnie osobiście klimat zdjęć i miejsca totalnie zauroczył, tym bardziej więc z chęcią bym go odwiedziła. I tu pytanie do wszystkich Czytelników CKS-a: czy ktokolwiek z Was kojarzy to miejsce? No właśnie. Gdzie u licha może się ono znajdować...? Wszystkich, którzy chcieliby mnie w tej materii oświecić, zapraszam do pozostawienia komentarza. Będę ogromnie wdzięczna. Podobnie jak osoby, którym w tym roku chcę zrobić ładne prezenty na święta.

23:10, faktoria01
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 grudnia 2009


Sama siebie zaskoczę tym wyznaniem, ale naprawdę nie mogę się doczekać obchodów 200 rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Powód? Film, który z tej okazji jest realizowany. Nie sądzę bowiem, by w normalnych warunkach udało się na kino familijne wyciągnąć sumkę tajemniczo określaną mianem "największej w historii polskiej kinematografii dotacji do animacji". Pieniądze jednak na hasło "słynny polski kompozytor" się znalazły. W przypadku filmu "Projekt Chopin" nie bez znaczenia pozostają również referencje od Amerykańskiej Akademii Filmowej. 85-minutową animację inspirowaną etiudami kompozytora przygotowuje ta sama ekipa, która zrealizowała oscarowego "Piotrusia i Wilka". W sieci pojawiły się już pierwsze kadry projektu. Na całość przyjdzie nam jeszcze poczekać - premierę przewidziano dopiero na przełom września i października przyszłego roku.



Więcej informacji o twórcach "Projektu Chopin" znajdziecie w poniższym filmie:


21:14, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
wtorek, 24 listopada 2009


W ubiegłym tygodniu dostałam reprymendę od znajomej za zamieszczenie na CKS-ie filmiku "
Father". Recenzja była miażdżąca: "Za smutny!". Obiecałam więc przyjaciółce, że w najbliższym czasie na blogu pojawi się pewien zabawny film. Tylko że to było tydzień temu... A teraz już naprawdę ciężko mi jednoznacznie orzec, czy przypadkiem ten filmik również nie jest zbyt przygnębiający. Wszystko z powodu pewnego dialogu, który w niezmienionej postaci ma miejsca zarówno na początku filmu, jak i na końcu:

Panienka: Chcesz ze mną chodzić?
Chłopiec: Wolę pograć w piłkę.

W końcu z perspektywy nastolatki ta historia to prawdziwy dramat.

Oceńcie sami.

19:53, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009


W sieci właśnie pojawiły się materiały dokumentujące wystawę
Tima Burtona w MoMA. Aż chciałoby się je oglądać, oglądać i oglądać.

Jak reklamuje się wystawy? A tak:





Tako rzecze Burton:





Zdjęcia pochodzą ze strony Otto-Otto.com
Jeszcze więcej znajdziecie na Flickr.com
19:38, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009
...co oznacza, że czas najwyższy podzielić się z Wami swoimi wrażeniami. Mam wielki respect dla Abe Sapiena, twórcy Subnormal.pl, za jego wkład w popularyzację winyli w Polsce. Bo bądźmy szczerzy, gdyby nie Abe, znajomość winylowego tematu byłaby niezwykle nikła. No i nie byłoby imprez jak ta wczorajsza. Tym bardziej więc jest mi przykro, jak co poniektórzy artyści zrzeszeni pod patronatem Vinylcanvas.com podeszli do customizacji zabawek. Aż chciałoby się pogrozić im paluszkiem. Wystarczy przecież poczytać fora poświęcone DT, by zrozumieć, że chociaż zabawki zwykle kojarzą się z dziećmi, ich customizacja bynajmniej do dziecinnie prostych nie należy. Trzeba trochę powalczyć z zagadnieniami czysto rzemieślniczymi, jak i koncepcyjnymi. Odrobić zadanie. Bo bez wglądu na to, jak niszowym zjawiskiem są u nas winyle, biorący udział w wystawie artyści Ameryki nie odkryli. Hasło "miliony rzeczy walczy o Twoją uwagę" jak ulał przecież pasuje do kosmopolitycznego świata Designer Toys. Gęsto w tym kręgu od przewrotnych pomysłów, szalonej grafiki czy błyskotliwego designu. No i te urocze kolorki. A ponieważ aspirujący pasjonaci często dorównują poziomem uznanym designerom, zwykłam sądzić, że wszystkich twórców Designer Toys charakteryzuje owa nieznośna lekkość tworzenia, bezpretensjonalność, którą tak sobie cenią...



Ustalmy jedno: artystom biorącym udział we wczorajszej wystawie nie można odmówić talentu, większość może pochwalić się pewnym dorobkiem i osiągnięciami. Sęk w tym, że wielu z nich po prostu nie siedzi w tej tematyce, z czego niestety nie potrafili zrobić swego atutu. Inni zaś za bardzo poszli w naśladownictwo. W efekcie zabrakło mi w tym wszystkim elementu zaskoczenia, który tak cenię w Designer Toysach. Co by mnie powaliło? Munny jako Krakowiaczek czy Dunny pokryty reprodukcją "Bitwy pod Grunwaldem" czy Wyspiańskim, figurka naznaczona piętnem wyrazistego autorskiego stylu (gdzie był ciah-ciah?). A także jeszcze większa liczba winylowych eksponatów. Uczucie niedosytu bowiem pozostało. Dlatego z niecierpliwością czekam na następną odsłonę cyklu "polscy twórcy customizują winyle", wierząc, że nowicjusze wyciągną naukę z pierwszego kontaktu z winylowym tworzywem. Bo takie imprezy warto organizować i to nawet nie w Cafe Mięsnej, ale w przestrzeni Starego Browaru. Wystawa Winylcanvas.com to przecież nie tylko przejaw kultu zabawek czy silnego trendu w designie. To również - a może przede wszystkim - promocja młodych twórców, więc w ich interesie leży, by się następnym razem bardziej postarać. O tym, że warto, niech świadczy chociażby refleksja, która kołacze mi się od wczorajszego wieczoru po głowie.

Jaka?

"Coxie" i "Dennis Wojda" - to nazwiska naprawdę warte zapamiętania. (stąd pomysł, by to właśnie ich dziełami przyozdobić ten tekst).



Zdjęcia pochodzą ze strony: Vinylcanvas.com
22:06, faktoria01
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 listopada 2009
Z ogłoszeń parafialnych:

"Jedną z atrakcji tegorocznej edycji festiwalu Vivisesja.pl będzie ekspozycja ręcznie malowanych figurek z galerii Vinylcanvas.com.
Przez trzy kolejne dni (18-20.11) w Poznańskiej Cafe Mięsna będzie można w pełnym 3D oglądać winylowe kreacje autorstwa m.in.: Jana Kallwejta, grupy Massmix, FRM Kida czy Jakuba Rebelki.
Na festiwalu zadebiutują dwa nowe nazwiska w gronie Vinylcanvas: Alex Urban i Przemek „Trust” Truściński".
Wernisaż już jutro, tj. 18 listopada, o 21.00 w Cafe Mięsna, w Poznaniu.
Do zobaczenia!


21:17, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Autorem filmiku jest Fla ze Sticky Monster Lab.

12:35, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2009
...pamiątkami z Kopenhagi.




21:40, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2009
Miał być wyjazd do Krakowa, wypad do Baraki i relacja dla CKS-a z odbywającej się w tym klubie wystawy prac Ciah-Ciaha. Ale wyjazdu nie będzie, jest za to choroba, która pokrzyżowała mi plany. W takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak posiłkować się notką PR-ową, której przedruk zamieszczam poniżej. Pozwolę sobie tylko przypomnieć, że o tym panu miałam już przyjemność pisać Wam w tym roku. To właśnie Ciah-Ciah był jednym z bohaterów mojego artykułu o Paper Toysach opublikowanego na łamach Aktivista. O tym, że na papierowych ludzikach świat artysty się nie kończy, możecie przekonać się w krakowskim klubie. Uwaga! Wystawa tylko do 25 listopada. 



"Samozwańczy fetyszysta czaszek i piramid. Przedstawiciel polskiego urban artu, wykazujący się aktywnością od vlepek przez murale po paper i custom toys. Jego styl charakteryzują geometria, trójwymiar, zredukowana paleta barw. Uwielbia zderzać, ze sobą przeciwieństwa nie tylko w sferze formy – brud i wektor, ale i treści – słodycz i mrok.

Porusza różne tematy, często podejmuje motyw okultyzmu, kontroli umyslu oraz omamienia jednostki przez fałszywych proroków. Niezależnie od środku wyrazu wspólnym mianownikiem jego prac jest nacisk na jakość i znajomość rzemiosła tak tradycyjnego jak cyfrowego. Kosmopolita, często bardziej rozpoznawany za granicą niż w kraju. Silnie obecny w globalnej sieci, gdzie łatwo znaleźć dobrze udokumentowane kolaboracje, projekty, sesje i wystawy. Od kilku lat tworzy prywatną kolekcję street artu".



Źródło: Flickr.com
11:02, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
Ostatnio znajomy uświadomił mi, ile pisarz może zarobić w Polsce na książce. Tak się składa, że zaczęłam już czwarty rozdział powieści, więc fakt, że jest to aż tak niewielka kwota, podziałał na mnie dość przygnębiająco. Nie poddaję się jednak - piszę dalej, całą swoją nadzieję pokładając w reklamie. Bo bądźmy szczerzy: bez dobrego marketingu nawet Harry Potter nie wyszedłby z literackiego podziemia. Customizacja, virale, guerilla marketing... - na Zachodzie do promocji książek używa się już nowoczesnych narzędzi. Im budżet na reklamę mniejszy, tym większe wyzwanie przed agencją. Przykłady rozwiązań poniżej.


Książce "Autostopem przez galaktykę" Douglasa Adamsa ostatnio stuknęło 25 lat. Z tej okazji wydawca wypuścił na rynek specjalną edycję książki z naklejkami. Dzięki nim czytelnik mógł sam stworzyć okładkę jubileuszowego wydania, decydując o wyborze i rozmieszczeniu grafiki czy napisów. Młoda generacja moli książkowych powinna się poczuć dopieszczona: design połączono tu z trendem "DIY". Skromnie, za to pomysłowo.



Współzałożyciel londyńskiego Ministry of Sound - James Palumbo - również chciał poczuć, jak to jest być literatem. W swej powieści "Tomas" skoncentrował się na mrocznej stronie ludzkiej natury, fabułę zaś powieści wzbogacił wyrazistymi, lekko kontrowersyjnymi ilustracjami przedstawiającymi Jezusa, świnie czy kobiety z nosidełkami na olbrzymie piersi. Promocja książki odbyła się głównie online, a jej siłą napędową miały być virale bazujące na zanimowanych ilustracjach, w których prym wiodła armia penisów... W końcu nic tak nie nakręca sprzedaży jak mały skandal.



Jednak nawet kampania tej powieści blednie przy pomyśle agencji Jung von Matt. Jej zadaniem było nakłonienie gości Targów Książki we Frankfurcie do odwiedzenia stoiska należącego do wydawnictwa Eichborn. Nie wiem, czy efekt ten został osiągnięty, na pewno jednak o bannerach wydawnictwa mówili wszyscy, a to dlatego, że przylepiono je do - uwaga! - 200 much, od których goście nie mogli się opędzić. Z takim obciążeniem owady mogły latać, ale na krótkie dystanse, co sprawiało, że co rusz siadały na odwiedzających targi. To się nazywa buzz marketing. 


15:44, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009






Instalacja Olafa Breuninga.
11:50, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2009
Spójrzcie na okładkę amerykańskiego "Playboya". Wprawdzie jedna panienka wiosny nie czyni, ale w duchu i tak wierzę, iż najsłynniejsze pismo dla panów czeka rewolucja.



Zanim "Playboy" pojawił się w Polsce - towarzyszyła mu aura pisma nie z tej ziemi. Anglojęzyczne egzemplarze zawierały śmiałe akty najpiękniejszych kobiet globu sfotografowanych przez Herba Rittsa czy Annie Leibovitz. Mocną stroną pisma była nie tylko grafika, ale i teksty awangardowych beatników, Trumana Capote'a  czy feminizującej Angeli Carter. No i ta nutka mizoginizmu a'la James Bond. Lekka dawka humoru plus wyzwolenie pełną parą.



Czasy się zmieniły, magazyn niczym jego twórca Hegh Hefner zdaje się już ciągnąć resztką sił. Wystarczy wziąć pierwszy lepszy numer. Zmianę czasu widać przede wszystkim w silikonie rozsadzającym piersi plastikowych modelek. To trochę za mało, by przykuć uwagę czytelnika. Bo "Playboy" pod względem zawartości nie oferuje swoim czytelnikom nic, czego nie znaleźlibyście wcześniej w kolorowych magazynach (dla pań). To pismo dziś raczej bez wyrazu.



Okładka listopadowego numeru "Playboya" to w znacznej mierze przejaw kalkulacji i marketingowa zagrywka. Próba odmłodzenia statystycznego czytelnika, który jak dowodzą badania ma latek 35. Nie da się jednak zignorować faktu, że tak jak Simpsonowie zrewolucjonizowali 20 lat temu podejście (widzów) do animacji, tak teraz Merge Simpson ma szansę udowodnić niedowiarkom, że popkultura bywa niezwykle seksowna, a przy okazji przyciągnąć do pisma tych, którzy już o tym wiedzą. PR-owcy pisma dodatkowo zwracają uwagę na fakt, że bohaterka animacji została przedstawiona dokładnie w tej samej pozie co pierwsza czarnoskóra modelka, która na okładce "Playboya" pojawiła się w 1971 r. Wygląda na to, że "Playboya" faktycznie czeka mała rewolucja. Może nie seksualna, na pewno jednak kulturowa.
22:16, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Prestiżowe Museum of Modern Art w Nowym Jorku już wkrótce stanie się miejscem  pielgrzymek fanów Tima Burtona. Od 22 listopada rozpocznie się tam retrospektywna wystawa poświęcona twórczości reżysera. Zaprezentowane zostaną rysunki, fragmenty storyboardów, a nawet makiety filmowe. Wszystko po to, by przybliżyć widzom przebieg Burtonowskiego procesu twórczego: od idei aż po efekt finalny. Przy okazji światło dzienne ujrzą szkice niezrealizowanych projektów. Wystawie towarzyszyć będzie przegląd filmów artysty oraz dodatkowa ekspozycja o znamiennym tytule "Tribute to Tim Burton".



Kuratorom można pozazdrościć ambicji i rozmachu - ich celem jest przedstawienie Burtona jako artysty kompletnego. Ściany nowojorskiego muzeum ozdobią zatem obrazy i fotografie artysty - również z okresu, gdy nazwisko Tim Burton nikomu jeszcze nic nie mówiło.



Tych, którym wycieczka do Nowego Jorku nie jest pisana, zachęcam do odwiedzenia niedawno odświeżonej strony artysty. Co ciekawe, ma ona formę galerii sztuki, po której osobiście oprowadzi Was melancholijny Stainboy, typowy Burtonowski odmieniec.


21:21, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2009
 

Moja kolekcja zabawek wzbogaciła się o kolejny niezwykłej urody eksponat. Tym razem jest to pani Filiżanka o rysach roztropnej i pełnej wdzięku damy. Nabyłam ją w dziale z ozdobami świątecznymi w domu handlowym Illum, ulokowanym w samym sercu Kopenhagi. No dobrze, kupiłam jeszcze parę innych rzeczy, ale zapewniam Was, że wpaść tam w szał zakupów to naprawdę żaden wstyd...





Kilkanaście godzin spędzonych w Kopenhadze wystarczyło, by rozstanie z tym miastem złamało mi serce. Pokażcie mi inne city, gdzie bohaterów baśni upamiętania się rzeźbami, których nawet nie można zobaczyć. Ponieważ baśń dotyczyła wodnych dzieci - rzeźby je przedstawiające umieszczono na dnie rzeki, przez co turyści widzą tylko czubki ich głów. Takich smaczków z pogranicza baśni i dobrego designu w Kopenhadze nie brakuje. W końcu to miasto nie należy do Grzegorza Turnaua, Zbigniewa Preisnera i księdza Tischnera. Tylko do Hansa Christiana Andersena i Arne Jacobsena, a to zobowiązuje. Jak zapewniała nas pani przewodnik, widok dzieci leżących na posadzkach i wpatrujących się z ciekawością w eksponaty lub rysujących obrazki to w muzeum nic nadzwyczajnego, bo Duńczyków od małego zachęca się do zainteresowania się historią i sztuką. Jak widać - skutecznie.





Pomijając turystyczne klasyki, o których rozpisują się w przewodnikach, moją uwagę przykuły urządzone minimalistycznie galerie sztuki, a jest ich tutaj naprawdę spore zatrzęsienie. Niemal w każdej zabawki - wszystkie w wesołych żywych kolorach. Chyba prawem kontrastu - najbardziej utkwiła mi w pamięci galeria, w której na wystawie panował chaos rodem z kiosku RUCH-u. Zamiast jednak gazet i płyt za 5 zł - na wystawie poupychano ikony designu jak chociażby lampy Kartell, których cena waha się w granicach ok. 1000 zł, a posiadaniem których jakiś czas temu chwaliła się na łamach "Elle Deco" Małgo Kożuchowska i Maciej Zień. W wersji scandinavian living Kartell to już nie snobizm, lecz zwykła nonszalancja. Ale za to jaka piękna.



Na zdjęciach (mojego autorstwa) wspomniane zabawki. Panią Filiżankę pokażę Wam innym razem.
20:29, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009








Wojna w photoshopie Agana Harahapa (źródło: FormatMag.com).
20:09, faktoria01
Link Komentarze (2) »
środa, 14 października 2009
Chwała niech będzie Ricemice, która pewnego lipcowego dnia postanowiła napisać komentarz pod jednym z moich postów. W ten właśnie sposób dowiedziałam się o istnieniu Blythe. Z pozoru przypomina inne fashion dolls, lecz nie dajcie się zwieść pozorom. To nie jest lala jakich wiele.



Przez długi czas uważano, że laleczka jest najgorszym pomysłem, jaki zrodził się w głowie Allison Katzman, projektantki, która w swojej karierze stworzyła ok. 500 zabawek. Dostępna w czterech różnych wersjach słodka Blythe mogła zmieniać nie tylko kolor oczu, ale również kąt patrzenia. To sprawiało, że dzieciom robiła się gęsia skórka, były bowiem pewne, że lala je śledzi. Budzących grozę laleczek rodzice nie chcieli kupować, w efekcie czego Blythe wycofano ze sprzedaży, w tym samym roku, w którym pojawiła się w sklepach: w 1972 r. 



Po latach z mroków historii lalkę wyciągnęła Gina Garan, nowojorska producentka clipów i zapalona kolekcjonerka lalek. Otrzymała laleczkę w 1997 r. od swego znajomego, który twierdził, że Blythe to wykapana Gina. Drugie życie lala rozpoczęła od razu w blasku fleszów. Garan robiła jej tysiące stylizowanych zdjęć, a ponieważ często podróżowała - za tło odrealnionych sesji służyły nieraz uliczki Barcelony, plaże na Hawajach czy artystowska dzielnica Soho. Poziom tych zdjęć był na tyle wysoki, że gdy w 2002 r. zostaną opublikowane w postaci albumu "This is Blythe", sam boski David La Chapelle osobiście zaangażuje się w jego promocję.



Gina pokaże lalkę swojej agentce Junko Wango i w ten sposób laleczka trafi do zrealizowanej przez obie panie świątecznej reklamy japońskiej sieci sklepów Parco.



Dzięki temu w krótkim czasie stanie się prawdziwą sensacją w Kraju Kwitnącej Wiśni, a wkrótce w całej Azji. O designie lalki zaczęto mówić, że wyprzedził swoje czasy. Podkreślano podobieństwo Blythe do bohaterek mangi i aktorki Christiny Ricci oraz jej odmienność od plastikowych piękności pokroju Barbie. Japońska firma CWC wykupiła licencję na produkcję dziwacznej lalki i już wkrótce w sprzedaży pojawiła się jej nowa wersja przez kolekcjonerów określana mianem NEO Blythe.

W ciągu ostatnich lat Blythe zdążyła pojawić w reklamie Sony i kolekcji ubrań Alexandra McQueena dla marki Target.



Wśród jej fanów wymienia się m.in. Johna Galliano oraz Issaya Miyaki. Chociaż w sklepach można dostać ubranka i całą masę dodatków, co roku odbywają się poświęcone jej wystawy i festiwale, a Gina Garan publikuje kolejne albumy, w których odkrywa nowe wcielenia Blythe - krąg posiadaczy lalki jest dość elitarny. Kiedy pod koniec ubiegłego wieku Garan zgromadziła kolekcję ok. 200 Blythe, przy czym większość z nich kupiła za 15 dolarów - z pewnością nie spodziewała się, jak niezwykle udana jest to inwestycja. Obecnie lalki te kosztują ok. 1000 zł. NEO Blythe  zaś wypuszczane są na rynek w limitowanych ekskluzywnych edycjach, przez co lalki te w żaden sposób nie stają się bardziej dostępne. Jest jednak jedna rzecz w odbiorze Blythe, która od lat 70. nie uległa zmianie. To przekonanie, że nie jest to zabawka dla dzieci.



14:09, faktoria01
Link Komentarze (8) »
środa, 07 października 2009
...a w najnowszym numerze "Forum" tekst o Carlosie Ruiz Zafonie. Tak, tak - to ten pan od "Cienia wiatru". Wpierw pracował w reklamie, potem zaczął pisać książeczki dla młodzieży, a następnie wyemigrował do LA, gdzie dał się poznać jako sprawny scenarzysta filmowy. Książek jego (jeszcze) nie czytałam, więc o ich wartości literackiej wypowiadać się nie będę. Powiem tylko, że z artykułu wyłania się portret bardzo pewnego siebie pana, który nie bacząc na światek literacki, uknuł pewną śmiałą tezę: "Obecnie wielkie dzieła literackie są w 99 procentach przypadków dziełem twórców amerykańskich seriali telewizyjnych. Ci, którzy naprawdę umieją budować postaci, przeszli na usługi wielkich wytwórni. Ludzie mający ambicję, odpowiednią technikę i talent trudno dziś spotkać w środowiskach literackich". Słyszałam, że również w Polsce za pisanie scenariuszy do seriali  wzięli się nasi pisarze. Szkoda tylko, że efekt ich pracy nijak ma się do dokonań scenarzystów np. "Układów/ Damages" czy tych z Canal Plus.

12:22, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 października 2009
Gdy jako dziecko wzruszyłam się nad widok szczeniaczków, pisklaczków czy kaczuszek, moja mama zwykle szybko temperowała mój entuzjazm. Nieważne, że małe zwierzątko jest ładne - twierdziła - ważniejsze, że gdy dorośnie będzie szpetne i jeszcze pewnie będzie śmierdzieć. W przypadku naszego psa jej słowa okazały się dziwnie prorocze. "A co z historią o brzydkim kaczątku? - No cóż, bajka jakich wiele". Gdy więc oglądam poniższe reklamy, myślę sobie, że końcowa kwestia równie dobrze mogłaby paść z ust mojej mamy. Efekt byłby równie komiczny, a sielanka - cóż - równie brutalnie uśmiercona.



19:59, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
statystyka
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Reklama na blogach - Blogvertising.pl