Kategorie: Wszystkie | Designer Toys | Obsesja tygodnia | Sport | Spot
RSS
środa, 29 lipca 2009


Jeśli wydawało Wam się, że Barbie to modnisia, koniecznie zajrzyjcie na blog Stratosa Bacalisa. Dawka glamouru, którą serwuje nam w swych postach Grek, jest niebywała, a to dlatego że skupia się on na największych elegantkach wśród lalek - tzw. fashion dolls. Przyjrzyjcie się kreacjom zaprezentowanych na zdjęciach laleczek, a będziecie wiedzieć co w tym roku wyznacza trendy w modzie haute couture i co jest wskazane na czerwonym dywanie.



Nie ma wątpliwości, że dobór zdjęć odzwierciedla fascynację Bacalisa gwiazdami ekranu. Chociaż nie brak podobizn Angeliny Jolie, Kate Perry czy Dawida Craiga, przede wszystkim to stare poczciwe Hollywood wiedzie prym na blogu. Można w nim  zobaczyć zdjęcia lal będących swoistym hołdem dla "Przeminęło z wiatrem" czy takich gwiazd jak Joan Crawford i Greta Garbo.





Lale - typowe to dla pięknych indywiduów - produkowane są w limitowanych edycjach, co przekłada się na cenę. Kolekcjonerzy zwykle płacą za nie ok. 150 dolarów. Autor zaś bloga Fashion Dolls Chronicles w niemal każdym poście zaprasza swych czytelników linkami w podróż po świecie największych firmach specjalizujących się w plastikowych pięknościach: Bishonen House, Effanbee Doll, AvantGuards czy Tonner Doll. Warto zajrzeć.



22:15, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009


Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałyby twórczość
Fridy Kahlo, gdyby miała ona słowiańskie korzenie. Albo inaczej: jakie fotki tworzyliby Pierre i Gilles, gdyby byli jednym ciałem: kobietą?  Odpowiedzią na te pytanie jest twórczość Magdaleny Madaj. Jakiś czas temu na jej prace natknęłam się w poznańskich Kisielicach. Dzisiejsza wizyta wieczorową porą na stronie tej młodej artystki utwierdza mnie w przekonaniu, że jest ona portrecistką niemal doskonałą. Ze zdjęć spoglądają na nas chłopcy o karminowych ustach, dziewczęta o spojrzeniu trzpiotki lub melancholijne strzygi. Dużo w tym wszystkim brokatu, blichtru i podkładu, lecz co ciekawe - kreacja ani razu nie ociera się o sztuczność. Bezapelacyjnie dominuje wdzięk i naturalność.



Tajemnicą już dla mnie pozostanie, czy Magdalena Madaj ma oko do modeli o intrygującej urodzie, czy też nadaje im osobowość za pomocą swoich zdjęć. Jedno jest pewne: jej portrety mają olbrzymi potencjał fabularny, a ich bohaterowie wydają się postaciami niezwykle barwnymi. I tylko żal, że zdjęć tych mało.


22:59, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lipca 2009
Gdzie zobaczycie najlepsze nowojorskie imprezy? Na zdjęciach Merlina Bronquesa. Dzięki pikantnemu fotoblogowi - Lastnightsparty.com - artysta w 2 tygodnie zapewnił sobie status VIP-a, tytuł spadkobiercy Nan Goldin i pewne miejsce w historii amerykańskiej popkultury



Pytany o motto życiowe, odpowiada, cytując zespół Arcade Fire: "Zasnąć to jak poddać się". Kiedy w październiku 2004 r. uruchomił swoją stronę Lastnightsparty.com, każdą noc w tygodniu spędzał w nowojorskich klubach, pytając nieznajome dziewczyny, czy może zrobić im zdjęcie. Aż trudno uwierzyć, że niemal każdy gest i poza uchwycone podczas tych spontanicznie zaaranżowanych sesji zostały przez artystę wyreżyserowane.



Zaledwie po 2 tygodniach istnienia stale aktualizowany pikantny content Lastnightparty.com zaczął przyciągać uwagę ponad 1000 osób dziennie. Po roku liczba ta wzrosła do 20 tys., a następnie do 40 tys. odsłon w ciągu dnia. Zdjęciami lekko pijanych dziewczyn oraz wszelkiej maści freaków imprezujących na Manhattanie szybko zainteresowali się trendhunterzy, PR-owcy, dziennikarze, przedstawiciele reklamy, ludzie sztuki, wszyscy. Stronę zaczęto traktować jako kronikę towarzyską Nowego Jorku, w którym - o dziwo! - prym wiodły nie celebrities, lecz nikomu nie znane osoby. Ci fotogeniczni bywalcy nocnych klubów, tzw. hipstersi - w równym stopniu zainteresowani modą co kulturą niezależną, trendami, jak i obsesją na punkcie własnego wyglądu - na zdjęciach wyglądali niczym prawdziwe gwiazdy. I tak jak one zdradzali pociąg do ekshibicjonizmu.



W 2005 r. "Times" poświęcił fenomenowi artysty artykuł. Blogger był już na tyle sławny, że na jego widok nastolatki same zastygały w fotogenicznej pozie, jego obecność przekładała się na zysk klubu, w sieci zaś pojawiły się kolejne fotoblogi z profesjonalnymi zdjęciami z imprez (Indierotica.com, Everyoneisfamous.com, Cobrasnake.com czy Nickydigital.com), w kolejce zaś ustawili się przedstawiciele Bena Shermana czy Converse'a, zachęcając lukratywnymi kontraktami Bronquesa do współpracy.



Matka artysty - podobnie jak konserwatyści - widzi w nim pornografa. Ojciec zaś na widok zdjęć syna miał ponoć tylko wzruszyć ramionami: "Też kiedyś takie robiłem". Bo Merlin Bronques nie jest jedyną osobą, która ma na swoim koncie pikantne zdjęcia z imprez. Jest za to pierwszym, który nadał im oryginalny styl, dekadencki sznyt, i umiejętnie rozsławił za pomocą internetu.
22:35, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lipca 2009
Takiego trailera w żaden sposób nie można zlekceważyć. Alicja - tak subtelna, że prawie niewidzialna, gdy w kadrze pojawia się Johny Deep. Tym razem w wersji orandż z przedziałkiem między zębami a'la Madonna i wdziękiem niezrównoważonego psychicznie dandysa. Z rosnącą niecierpliwością czekam na najnowszy film Tima Burtona.



15:13, faktoria01
Link Komentarze (5) »
czwartek, 23 lipca 2009


Nie sądziłam, że zamieszczony na moim blogu filmik o chmurce wywoła aż taką reakcję. A że wywołał pozytywną - widzę to po statystykach. No dobrze, skoro moi czytelnicy lubią bajeczki - będą bajeczki. Aby nie być gołosłowną, już dzisiaj zamieszczam kolejną - i to znowu Pixara!. "Gra Geri'ego" to opowieść o pewnym podstępnym dziadku, który podczas partyjki szachów natrafił na godnego siebie przeciwnika. Na tyle sympatyczna, że akademicy przyznali jej w 1997 r. oskara za najlepszą animację krótkometrażową. Nie jest to może świeżynka, niemniej w dziale poświęconym animacjom nie zamierzam się bynajmniej ograniczać do  nowości. W doborze filmików będę kierować się wyłącznie własnym gustem. I mam nadzieję, że nie będziecie tym kryterium rozczarowani. Zatem... miłego krótkiego seansu!



21:39, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lipca 2009


O takim domku dla lalek mogłaby pewnie pomarzyć niejedna fashionistka. Zamieszkują go ręcznie wykonane porcelanowe laleczki. Chociaż wyglądają jak z XIX w., powstały współcześnie. Każda z nich ma strój, makijaż i fryzurę opartą na kreacjach, które w ciągu ostatnich 15 lat projektancki duet Victor&Rolf stworzył w ramach paryskich pokazów mody.



 W domku nie zabrakło laleczek w strojach z kolekcji "Pierrot" czy "Bedtime Story", a to dlatego że w rzeczywistości elegancki budynek pełnił funkcję miejsca, w którym odbywała się
retrospektywna wystawa twórczości holenderskich projektantów. Wpierw pokazano go w Londynie, a później w muzeum w Utrechcie. W ramach wystawy widzowie mogli obejrzeć także oryginalne kreacje projektantów - zaprezentowano je już na lalkach o wielkości zbliżonej do wzrostu "klasycznych" modelek. Cały koncept bardzo w stylu Holendrów: surrealistyczny i dowcipny.



Zdjęcia: Highsnobiety.com
21:32, faktoria01
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 lipca 2009


Moment, kiedy wszystkie elementy nabierają sensu, łącząc się w spójną całość, może przyjść nieoczekiwanie. W przypadku Amerykanina Jasona Freeny'ego objawienie nastąpiło akurat, gdy wykonywał dla "Penthouse'a" rysunek zatytułowany "Incubus":



Kontakt z teatrem, praca w MTV oraz epizod w roli twórcy Designer Toys wpłynęły na kształt tej ilustracji. Wprawdzie nie przypadła do gustu redaktorom pisma dla dorosłych, jednak to właśnie ona zapoczątkowała w twórczości designera cykl, dzięki któremu stało się o nim głośno na designerskich blogach. W ilustracjach tych Freeny jawi się jako specjalista od anatomicznych schematów, za pomocą których  dekonstruuje postaci znane z popkultury: ludzika Lego, żelkowego Misia, vinylowego Danny'ego czy Sackboya z Little Big Planet. W kolejce czekają już następne ikony, którym Freeny chciałby zajrzeć do wnętrza, oraz... firmy chcącą z nim współpracować. Nic dziwnego, że etap kariery, na jakim właśnie się znalazł, Freeny określa krótko: "Too many ideas, not enough times".



19:21, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lipca 2009


"W języku japońskim tokidoki znaczy czasami. Simone Legno wybrał tę nazwę dla swojej marki, ponieważ najlepiej oddawała jego filozofię. Tokidoki to według niego te niezwykłe pełne magii momenty, gdy spotykamy jakąś ważną osobę lub ma miejsce szczególne wydarzenie - przypadek, który na zawsze odmienia nasz los..."



Tak właśnie rozpoczyna się artykuł "Tokidoki. Historia prawie jak z bajki", do lektury którego jako autorka gorąco Was zapraszam. Miesiąc temu został opublikowany na łamach nowego magazynu lifestylowego "Kikimora". To zapis drogi, jaką Simone Legno przeszedł z ziemi włoskiej do Ameryki, by stać się jednym z najbardziej wpływowych projektantów. Komercyjny sukces stworzonej przez niego marki Tokidoki inspiruje młodych designerów niemal na całym świecie. Swoją drogą, ciekawe, kim byłby dzisiaj Legno, gdyby nie jego pochodząca z Polski matka - zabraniała mu oglądać telewizję, twierdząc, że ta blokuje rozwój wyobraźni w dziecku...


14:54, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 lipca 2009


W swojej wąskiej specjalizacji Amerykanin Lary Moss nie ma sobie równych. Ze zręcznością prestidigatora wyczarowuje z lateksowych balonów przedziwnej urody postaci, co zapewniło mu miejsce w Księdze Rekordów Guinessa. W prasie, telewizji, wszędzie, gdzie się da, opowiada o Airigami, technice łączącej elementy lalkarstwa, rzeźby i origami, zapewniając, że to sztuka przez duże "S". Jest w tym pewna przesada, bo działania Mossa sztuką ciężko nazwać, zbyt przypominają jarmarczne sztuczki. Prace, w których nawiązuje do historii malarstwa amerykańskiego, to parodia oryginałów, tym gorsza, że niezamierzona. Stworzoną zaś przez niego kolekcję Haute Couture dałoby się opisać krótko: Ot kuriozum. Niemniej każdy kto, kiedykolwiek próbował wyginać balony, by nadać im kształt kwiatka czy pieska, doceni wysiłek i zręczność Mossa. Uporu, pomysłowości i talentu - choć jest on dość szczególny - bez wątpienia odmówić mu nie można.


20:16, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lipca 2009
Sezon ogórkowy w pełni. Aby zająć czymś czytelnika, redakcje prześcigają się w tematach łatwych i przyjemnych. Popularnością cieszą się wszelakie listy zjawisk powszechnie znanych. Zwykle ułożonych w hierarchii, którą rządzi przypadek i bóg wie jakie kryteria. Wśród tych curiozalnych nikomu niepotrzebnych zestawień zdarzają się jednak i perełki. Bez wątpienia jest nią np. lista najciekawszych komiksowych metropolii. W tym wypadku architektoniczny detal czy rozplanowanie przestrzenne były równie istotne co niepowtarzalny klimat miasta oraz jego wpływ na komiksowe universum. Wszystko dlatego że zestawienie przygotował dziennikarz prestiżowego "The Architects' Journal. The home of British architecture". W Top Ten nie zabrakło prac mistrzów gatunku, m.in  Moebiusa, Franka Millera i Herge'a, czy miejsc pokroju Gotham City, które uplasowało się dopiero na pozycji szóstej, tuż przed Metropolis. Poniżej prezentuję pierwszą piątkę słynnych city. Całe zestawienie w artykule "Top 10 comic book cities", do lektury gorąco Was zapraszam.

5. Miasto z "Long Tomorrow" Moebiusa:



4. Nowy Jork Daredvila:



3. Londyn "Prosto z Piekła":



2. Chicago Chrisa Ware'a:



1. ...and the winner is... Mega City One
!


21:55, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lipca 2009


Matchbox nie popisał się najnowszą kampanią. Może i spodoba się ona najmłodszym, niemniej to dorośli wyciągną portfele, a sądząc po ich reakcjach w necie, przyjdzie im to niezwykle ciężko. Wszystko z powodu odwołań do kulturowych stereotypów. Chociaż w reklamie zwykle sprawdzają się one idealnie, w Matchboksie zapomniano o jednej rzeczy. Nastrojach społeczeństwa - te zaś po doświadczeniach z Irakiem i Afganistanem są zdecydowanie antywojenne.  




18:46, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Jakieś 2 tygodnie temu biegłam jak szalona do domu, by zdążyć na pewien dokument wyświetlany w Planete. Dotyczył Joanne K. Rowling, a pod jego koniec (no nie!) okazało się, że wszystko, co powiedziano o tej pisarce, ja akurat już wiedziałam. Nowinką była dla mnie jedynie informacja, iż Rowling twierdzi, że prof. Dumbledore jest gejem. Aha! Nie wiedziałam także, że wymyśliła ona już dalsze losy dzieci Pottera, a nawet jego wnuków.



Tak, tak, należę do grona pełnoletnich fanów twórczości pani Joanne. To zaś oznacza, że bywa, iż czuję się lekko dyskryminowana. Spece od marketingu za nic mają bowiem moje uczucia względem Harry'ego, dbają jedynie o sympatię dzieci. Te zaś już przy promocji wcześniejszych części filmu mogły np. wziąć udział w konkursie, po wygraniu którego miały szansę pojawić się w filmowej scenie w roli np. ucznia Gryffindoru. Domyślam się, że 30-letnia uczennica mogłaby budzić pewne zastrzeżenia nawet w świecie czarodziejów, niemniej uważam, iż producenci oraz spece od reklamy mogliby wreszcie docenić potencjał marketingowy starszej części widowni. W końcu ekranizacja "Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi", jak sami przyznają, adresowana jest głównie dla osób w wieku od 16 do 34 lat. Na razie pod starszego widza dopasowano jedynie część kampanii reklamowej, co w praktyce oznacza podkreślenie mroczniejszej dwuznacznej wymowy filmu. A co z nagrodami dla starszaków? Jak nie było, tak nie ma.



Z okazji premiery najnowszego filmu w Chicago w Muzeum Techniki i Przemysłu odbywa się specjalna wystawa, poświęcona Harry'emu Potterowi. Do 27 września zwiedzający mają okazję obejrzeć przedmioty i stroje znane z filmów, w tym: okulary, różdżkę, mundurki obowiązujące w Hogwarcie, mogą także odwiedzić chatkę Hagrida, a nawet przekroczyć słynne drzwi z portretem Grubej Damy, by zwiedzić Wieżę Gryffindoru. To nie wszystko. W ramach wystawy przygotowano także szybki trening quidditcha oraz lekcję z przesadzania mandragory. Oczywiście i tym razem organizatorzy nie zapomnieli o dyskryminacji "młodych duchem" fanów Pottera. Zajęcia przeznaczone są dla dzieci. A niech to!


21:13, faktoria01
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 lipca 2009
Sally Shapiro nazywana bywa księżniczką Italo-Disco. Ukrywająca się pod tym pseudonimem Szwedka nie zdradza jednak cech przypisywanych zwykle diwom. Ok, zgadza się: nie lubi, gdy się ją fotografuje, filmuje lub siedzi z nią w studio, gdy akurat śpiewa. Prawdą jest również, że uparcia odmawia koncertowania. Swoje zachowanie jednak tłumaczy nieśmiałością i niechęcią do rezygnacji z anonimowości. W czasach, gdy kult celebritów szerzy się i pleni, takie zachowanie co niektórym dziennikarzom wydało się na tyle podejrzane, iż uknuli tezę, jakoby dziewczyna o niebiańskim głosie najzwyczajniej nie istniała. Jej postać miał zaś wymyślić Johan Agebjorn, producent, odpowiedzialny za wydania pierwszej płyty Shapiro "Disco Romance".



W rzeczywistości Johan i "Sally" znają się od kilkunastu lat. Pracowali razem w pewnej firmie, wykonując głównie prace administracyjne i nigdy nie podejrzewali, że mają podobne upodobania muzyczne. Dopiero podczas wigilii firmowej kiedy to śpiewali kolędy, Johan zwrócił uwagę na głos nieśmiałej blondyneczki... Na skutek tego odkrycia doszło do współpracy, której owocem jest już druga płyta "My Guilty Pleasure", mająca pojawić się w sklepach 24 sierpnia. Oczywiście o koncertach z udziałem dziewczyny można tylko pomarzyć. (Poniżej promujący płytę singiel - "Love in July").


23:05, faktoria01
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lipca 2009


Rośliny, figurki do makiet, patyczki i jeszcze parę innych rzeczy, które akurat masz pod ręką... Z takich właśnie elementów Amerykanka
Erin Tyner stworzyła magiczny świat, który następnie utrwaliła w serii zdjęć "Half Awake".





Dla wielbicieli podobnych klimatów polecam mój post o kulach Waltera Martina i Palomy Munoz,  z grudniu ubiegłego roku.
20:26, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 lipca 2009
Pewien mój znajomy twierdził, że większość ludzi w Polsce nie wie, że istnieje takie państwo jak Iran. W najlepszym zaś wypadku mylą je z Irakiem. To było jakieś 8-9 lat temu. Całkiem możliwe, że sytuacja od tego czasu się zmieniła. Minimalnie, ale jednak. Niektórzy bowiem za sprawą Marjane Satrapi i jej przeniesionego na ekran komiksu "Persepolis" mogą się pochwalić pewną wiedzą o Iraku. Być może wiedza ta nie jest specjalnie głęboka i rozległa, niemniej nie da się przemilczeć faktu, że Satrapi zainteresowała Iranem tę część ludności, która aspiruje do miana "kulturalnej".


 

Nic dziwnego zatem, że dwóch przebywających na obczyźnie Irańczyków postanowiło wykorzystać popularność komiksu Satrapi do dopowiedzenia historii Iranu i przedstawienia obecnego kryzysu, targającego ich ojczyzną. Zmienili teksty oraz kolejność komisowych kadrów. Powstały w ten sposób komiks stał się podstawą projektu "Persepolis 2.0", którego celem jest uwrażliwienie opinii światowej na wydarzanie mające obecnie miejsce w Iranie. Twórcy projektu zachęcają internautów do podlinkowania ich strony do swoich blogów, Twittera etc. w myśl zasady "Spread Persepolis".


 

Projekt "Persepolis 2.0" to przykład świetnego wykorzystania edukacyjnego potencjału tkwiącego w kulturze popularnej. A także interesująca próba wykorzystania mechanizmów marketingu internetowego, a nawet partyzanckiego. Autorzy projektu podkreślają, że chociaż stworzyli komiks, inspirując się pracą Satrapi, nie oznacza to jednak, że odzwierciedla on stanowisko autorki. Im dłużej rozmyślam nad tym całym przedsięwzięciem - ciężko mi oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze "Persepolis 2.0" mogli stworzyć nie tyle dwaj anonimowi Irańczycy, co cały zespół... agencji reklamowej. Jestem wręcz w stanie wyobrazić sobie przebieg burzliwych meetingów, podczas których ustalane były szczegóły strategii, kreacji, copy etc. Cały bowiem projekt siłą oddziaływania i potencjałem przypomina mi owe genialne pomysły, które w agencjach pracownicy mają szansę zrealizować głównie przy okazji kampanii społecznych. Kto wie - może autorami briefu byli doradcy pewnego amerykańskiego prezydenta. Brzmi jak teoria spiskowa?  Możliwe. Niemniej nie da się ukryć, że już podczas kampanii prezydenckiej Amerykanie, wykorzystując potencjał internetu (w tym virale), sprytnie odświeżyli termin "marketingu politycznego". Pomysł, by wpłynąć na opinię publiczną za pomocą strony z komiksem, utrzymany jest w zadziwiająco podobnym stylu.
21:58, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lipca 2009


Designer Toys powoli stają się klasyką. Status nowości zgarnęły więc inne zabawki. Już nawet nie dla dużych dzieci, lecz dla gigantów. Odzwierciedlają modny we współczesnym wzornictwie trend przeskalowania - ze świata mebli do zabawek przeniósł go holenderski artysta Florentijn Hoffman. Specjalnie nawet nie tworzy on nowych postaci, lecz wykorzystuje wzorce już istniejące: kaczuszkę do kąpieli, pudelki i inne stworki, które dałoby się opisać jednym słowem: cute. Owa "cute'owatość" podczas powiększania gdzieś się jednak gubi, bo olbrzymie zabawki wyzwalają w widzach nieco inne uczucia niż ich mniejsze odpowiedniki. Jakie? O tym można się przekonać, oglądając najnowszy projekt Holendra - "Dushi", który do 4 lipca wystawiany jest w haskiej Gallery West. Uwaga! Tym razem składają się na niego wyłącznie pluszaki-giganty.




20:33, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lipca 2009


W ubiegłym roku pozwoliłam sobie porównać dwie kampanie: Levisa i Wranglera, przy czym pierwszą skrytykowałam za wtórność, a nad drugą się zadumałam. Teraz nikt o pierwszej już nawet nie pamięta. Kampania zaś Wranglera zgarnęła laury podczas niedawno zakończonego święta reklamy w Cannes (co mnie osobiście cieszy). Wiele osób podkreśla, że duża w tym zasługa fotografa Ryana McGinleya, który swoimi zdjęciami poddał w wątpliwość tezę, jakoby ludzie nie byli zwierzętami. Pomijając quasi-filozoficzny aspekt, siłą tych zdjęć jest bez wątpienia fabularny potencjał, oryginalność oraz zdolność do intrygowania (młodego) widza/konsumenta. 

Tak, nikt nie wątpi, że McGinley to zdolniacha. Zwątpić można natomiast w inteligencję decyzyjnych z Levisa, którzy za przykładem konkurencji postanowili skorzystać z usług artysty. Co jak co - ale Levisa stać na przebieranie w młodych zdolnych, więc upieranie się przy kojarzonym z Wranglerem McGinleyu co najmniej zaskakuje.



Wygląda mi na to, że Levis przechodzi jakiś wizerunkowy kryzys. Po ubiegłorocznym spocie - bynajmniej nie celowo utrzymanym w stylistyce lat 90. - brand managerzy znów odwołują się do tradycji, podkreślając amerykańskie korzenie marki. Nowa reklama momentami za bardzo kojarzy się  z czołówką pierwszego sezonu "True Blood" (przynajmniej mi), inni zaś widzą w niej ciąg klisz zdjęć Bruce'a Webera. Reklamy prasowe natomiast przypominają mi kampanię Sisley, którą jako młode dziewczę widziałam na początku lat 90.



Ok, może i w świecie reklamy kopie, przeróbki i zrzynki są na porządku dziennym, Levis jednak przyzwyczaił nas do pewnego poziomu - w końcu to jeden ze spotów tego brendu do dzisiaj uznawany jest za rekordzistę pod względem zdobytych nagród. Wprawdzie nowa kampania sprawia jednak całkiem przyjemne wrażenie, przyznajmy to wreszcie (pod warunkiem oczywiście, że zapomnimy o skojarzeniach). Niedosyt pozostaje.
Do wysoko postawionej poprzeczki okazuje się, że nawet Levisowi ciężko doskoczyć.


Źródło zdjęć: Homotography.
22:34, faktoria01
Link Komentarze (3) »


Z bólem serca przyznaję, że zabrakło mnie na pokazie najnowszego filmu Tomka Bagińskiego, pokazywanego w ubiegłym tygodniu w poznańskim multikinie. Niestety, bo zarówno
zamieszczone na oficjalnej stronie filmu kadry, jak i poniższy trailer prezentują się co najmniej smakowicie.


Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, "Kinematograf" to pełna melancholii opowieść o wynalazcy Francisie, który był zbyt pochłonięty realizacją marzeń - by dostrzec to, co w życiu najważniejsze...  Kto widział już film  - tego gorąco zachęcam do podzielenia się swoją opinię. Ja tylko króciutko odnotuję (za notką PR-ową twórców), że "producentem animacji jest, jak w przypadku poprzednich filmów Bagińskiego (nominowany do Oskara film „Katedra” i uhonorowana nagrodą BAFTA „Sztuka spadania”), studio Platige Image. Scenariusz dwunastominutowego filmu, to adaptacja opowiadania z serii „Rewolucje: Monochrom” autorstwa Mateusza Skutnika. W prace nad projektem zaangażowany był ponad pięćdziesięcioosobowy zespół".


20:13, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
statystyka
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Reklama na blogach - Blogvertising.pl