Kategorie: Wszystkie | Designer Toys | Obsesja tygodnia | Sport | Spot
RSS
wtorek, 27 października 2009
Spójrzcie na okładkę amerykańskiego "Playboya". Wprawdzie jedna panienka wiosny nie czyni, ale w duchu i tak wierzę, iż najsłynniejsze pismo dla panów czeka rewolucja.



Zanim "Playboy" pojawił się w Polsce - towarzyszyła mu aura pisma nie z tej ziemi. Anglojęzyczne egzemplarze zawierały śmiałe akty najpiękniejszych kobiet globu sfotografowanych przez Herba Rittsa czy Annie Leibovitz. Mocną stroną pisma była nie tylko grafika, ale i teksty awangardowych beatników, Trumana Capote'a  czy feminizującej Angeli Carter. No i ta nutka mizoginizmu a'la James Bond. Lekka dawka humoru plus wyzwolenie pełną parą.



Czasy się zmieniły, magazyn niczym jego twórca Hegh Hefner zdaje się już ciągnąć resztką sił. Wystarczy wziąć pierwszy lepszy numer. Zmianę czasu widać przede wszystkim w silikonie rozsadzającym piersi plastikowych modelek. To trochę za mało, by przykuć uwagę czytelnika. Bo "Playboy" pod względem zawartości nie oferuje swoim czytelnikom nic, czego nie znaleźlibyście wcześniej w kolorowych magazynach (dla pań). To pismo dziś raczej bez wyrazu.



Okładka listopadowego numeru "Playboya" to w znacznej mierze przejaw kalkulacji i marketingowa zagrywka. Próba odmłodzenia statystycznego czytelnika, który jak dowodzą badania ma latek 35. Nie da się jednak zignorować faktu, że tak jak Simpsonowie zrewolucjonizowali 20 lat temu podejście (widzów) do animacji, tak teraz Merge Simpson ma szansę udowodnić niedowiarkom, że popkultura bywa niezwykle seksowna, a przy okazji przyciągnąć do pisma tych, którzy już o tym wiedzą. PR-owcy pisma dodatkowo zwracają uwagę na fakt, że bohaterka animacji została przedstawiona dokładnie w tej samej pozie co pierwsza czarnoskóra modelka, która na okładce "Playboya" pojawiła się w 1971 r. Wygląda na to, że "Playboya" faktycznie czeka mała rewolucja. Może nie seksualna, na pewno jednak kulturowa.
22:16, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Prestiżowe Museum of Modern Art w Nowym Jorku już wkrótce stanie się miejscem  pielgrzymek fanów Tima Burtona. Od 22 listopada rozpocznie się tam retrospektywna wystawa poświęcona twórczości reżysera. Zaprezentowane zostaną rysunki, fragmenty storyboardów, a nawet makiety filmowe. Wszystko po to, by przybliżyć widzom przebieg Burtonowskiego procesu twórczego: od idei aż po efekt finalny. Przy okazji światło dzienne ujrzą szkice niezrealizowanych projektów. Wystawie towarzyszyć będzie przegląd filmów artysty oraz dodatkowa ekspozycja o znamiennym tytule "Tribute to Tim Burton".



Kuratorom można pozazdrościć ambicji i rozmachu - ich celem jest przedstawienie Burtona jako artysty kompletnego. Ściany nowojorskiego muzeum ozdobią zatem obrazy i fotografie artysty - również z okresu, gdy nazwisko Tim Burton nikomu jeszcze nic nie mówiło.



Tych, którym wycieczka do Nowego Jorku nie jest pisana, zachęcam do odwiedzenia niedawno odświeżonej strony artysty. Co ciekawe, ma ona formę galerii sztuki, po której osobiście oprowadzi Was melancholijny Stainboy, typowy Burtonowski odmieniec.


21:21, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2009
 

Moja kolekcja zabawek wzbogaciła się o kolejny niezwykłej urody eksponat. Tym razem jest to pani Filiżanka o rysach roztropnej i pełnej wdzięku damy. Nabyłam ją w dziale z ozdobami świątecznymi w domu handlowym Illum, ulokowanym w samym sercu Kopenhagi. No dobrze, kupiłam jeszcze parę innych rzeczy, ale zapewniam Was, że wpaść tam w szał zakupów to naprawdę żaden wstyd...





Kilkanaście godzin spędzonych w Kopenhadze wystarczyło, by rozstanie z tym miastem złamało mi serce. Pokażcie mi inne city, gdzie bohaterów baśni upamiętania się rzeźbami, których nawet nie można zobaczyć. Ponieważ baśń dotyczyła wodnych dzieci - rzeźby je przedstawiające umieszczono na dnie rzeki, przez co turyści widzą tylko czubki ich głów. Takich smaczków z pogranicza baśni i dobrego designu w Kopenhadze nie brakuje. W końcu to miasto nie należy do Grzegorza Turnaua, Zbigniewa Preisnera i księdza Tischnera. Tylko do Hansa Christiana Andersena i Arne Jacobsena, a to zobowiązuje. Jak zapewniała nas pani przewodnik, widok dzieci leżących na posadzkach i wpatrujących się z ciekawością w eksponaty lub rysujących obrazki to w muzeum nic nadzwyczajnego, bo Duńczyków od małego zachęca się do zainteresowania się historią i sztuką. Jak widać - skutecznie.





Pomijając turystyczne klasyki, o których rozpisują się w przewodnikach, moją uwagę przykuły urządzone minimalistycznie galerie sztuki, a jest ich tutaj naprawdę spore zatrzęsienie. Niemal w każdej zabawki - wszystkie w wesołych żywych kolorach. Chyba prawem kontrastu - najbardziej utkwiła mi w pamięci galeria, w której na wystawie panował chaos rodem z kiosku RUCH-u. Zamiast jednak gazet i płyt za 5 zł - na wystawie poupychano ikony designu jak chociażby lampy Kartell, których cena waha się w granicach ok. 1000 zł, a posiadaniem których jakiś czas temu chwaliła się na łamach "Elle Deco" Małgo Kożuchowska i Maciej Zień. W wersji scandinavian living Kartell to już nie snobizm, lecz zwykła nonszalancja. Ale za to jaka piękna.



Na zdjęciach (mojego autorstwa) wspomniane zabawki. Panią Filiżankę pokażę Wam innym razem.
20:29, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009








Wojna w photoshopie Agana Harahapa (źródło: FormatMag.com).
20:09, faktoria01
Link Komentarze (2) »
środa, 14 października 2009
Chwała niech będzie Ricemice, która pewnego lipcowego dnia postanowiła napisać komentarz pod jednym z moich postów. W ten właśnie sposób dowiedziałam się o istnieniu Blythe. Z pozoru przypomina inne fashion dolls, lecz nie dajcie się zwieść pozorom. To nie jest lala jakich wiele.



Przez długi czas uważano, że laleczka jest najgorszym pomysłem, jaki zrodził się w głowie Allison Katzman, projektantki, która w swojej karierze stworzyła ok. 500 zabawek. Dostępna w czterech różnych wersjach słodka Blythe mogła zmieniać nie tylko kolor oczu, ale również kąt patrzenia. To sprawiało, że dzieciom robiła się gęsia skórka, były bowiem pewne, że lala je śledzi. Budzących grozę laleczek rodzice nie chcieli kupować, w efekcie czego Blythe wycofano ze sprzedaży, w tym samym roku, w którym pojawiła się w sklepach: w 1972 r. 



Po latach z mroków historii lalkę wyciągnęła Gina Garan, nowojorska producentka clipów i zapalona kolekcjonerka lalek. Otrzymała laleczkę w 1997 r. od swego znajomego, który twierdził, że Blythe to wykapana Gina. Drugie życie lala rozpoczęła od razu w blasku fleszów. Garan robiła jej tysiące stylizowanych zdjęć, a ponieważ często podróżowała - za tło odrealnionych sesji służyły nieraz uliczki Barcelony, plaże na Hawajach czy artystowska dzielnica Soho. Poziom tych zdjęć był na tyle wysoki, że gdy w 2002 r. zostaną opublikowane w postaci albumu "This is Blythe", sam boski David La Chapelle osobiście zaangażuje się w jego promocję.



Gina pokaże lalkę swojej agentce Junko Wango i w ten sposób laleczka trafi do zrealizowanej przez obie panie świątecznej reklamy japońskiej sieci sklepów Parco.



Dzięki temu w krótkim czasie stanie się prawdziwą sensacją w Kraju Kwitnącej Wiśni, a wkrótce w całej Azji. O designie lalki zaczęto mówić, że wyprzedził swoje czasy. Podkreślano podobieństwo Blythe do bohaterek mangi i aktorki Christiny Ricci oraz jej odmienność od plastikowych piękności pokroju Barbie. Japońska firma CWC wykupiła licencję na produkcję dziwacznej lalki i już wkrótce w sprzedaży pojawiła się jej nowa wersja przez kolekcjonerów określana mianem NEO Blythe.

W ciągu ostatnich lat Blythe zdążyła pojawić w reklamie Sony i kolekcji ubrań Alexandra McQueena dla marki Target.



Wśród jej fanów wymienia się m.in. Johna Galliano oraz Issaya Miyaki. Chociaż w sklepach można dostać ubranka i całą masę dodatków, co roku odbywają się poświęcone jej wystawy i festiwale, a Gina Garan publikuje kolejne albumy, w których odkrywa nowe wcielenia Blythe - krąg posiadaczy lalki jest dość elitarny. Kiedy pod koniec ubiegłego wieku Garan zgromadziła kolekcję ok. 200 Blythe, przy czym większość z nich kupiła za 15 dolarów - z pewnością nie spodziewała się, jak niezwykle udana jest to inwestycja. Obecnie lalki te kosztują ok. 1000 zł. NEO Blythe  zaś wypuszczane są na rynek w limitowanych ekskluzywnych edycjach, przez co lalki te w żaden sposób nie stają się bardziej dostępne. Jest jednak jedna rzecz w odbiorze Blythe, która od lat 70. nie uległa zmianie. To przekonanie, że nie jest to zabawka dla dzieci.



14:09, faktoria01
Link Komentarze (8) »
środa, 07 października 2009
...a w najnowszym numerze "Forum" tekst o Carlosie Ruiz Zafonie. Tak, tak - to ten pan od "Cienia wiatru". Wpierw pracował w reklamie, potem zaczął pisać książeczki dla młodzieży, a następnie wyemigrował do LA, gdzie dał się poznać jako sprawny scenarzysta filmowy. Książek jego (jeszcze) nie czytałam, więc o ich wartości literackiej wypowiadać się nie będę. Powiem tylko, że z artykułu wyłania się portret bardzo pewnego siebie pana, który nie bacząc na światek literacki, uknuł pewną śmiałą tezę: "Obecnie wielkie dzieła literackie są w 99 procentach przypadków dziełem twórców amerykańskich seriali telewizyjnych. Ci, którzy naprawdę umieją budować postaci, przeszli na usługi wielkich wytwórni. Ludzie mający ambicję, odpowiednią technikę i talent trudno dziś spotkać w środowiskach literackich". Słyszałam, że również w Polsce za pisanie scenariuszy do seriali  wzięli się nasi pisarze. Szkoda tylko, że efekt ich pracy nijak ma się do dokonań scenarzystów np. "Układów/ Damages" czy tych z Canal Plus.

12:22, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 października 2009
Gdy jako dziecko wzruszyłam się nad widok szczeniaczków, pisklaczków czy kaczuszek, moja mama zwykle szybko temperowała mój entuzjazm. Nieważne, że małe zwierzątko jest ładne - twierdziła - ważniejsze, że gdy dorośnie będzie szpetne i jeszcze pewnie będzie śmierdzieć. W przypadku naszego psa jej słowa okazały się dziwnie prorocze. "A co z historią o brzydkim kaczątku? - No cóż, bajka jakich wiele". Gdy więc oglądam poniższe reklamy, myślę sobie, że końcowa kwestia równie dobrze mogłaby paść z ust mojej mamy. Efekt byłby równie komiczny, a sielanka - cóż - równie brutalnie uśmiercona.



19:59, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
statystyka
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Reklama na blogach - Blogvertising.pl