Kategorie: Wszystkie | Designer Toys | Obsesja tygodnia | Sport | Spot
RSS
poniedziałek, 01 czerwca 2009


Barbie już dawno przestała być tylko lalką. Od dawna wiadomo, że jest ikoną popkultury. Nie wszyscy natomiast wiedzą, że inspiruje ona także filozofów i publicystów. Bywa wdzięcznym tematem dla artystów, by wspomnieć chociażby projekt Alicji Żebrowskiej. Powstała o niej nawet opera, jak i sztuka teatralna. Niemniej wymowa tych prac zwykle bywa krytyczna, w najlepszym zaś wypadku ironiczna.

Wygląda więc na to, że najważniejszym celem obchodzonych w tym roku 50 urodzin najsłynniejszej lalki świata jest próba uwspółcześnienia i ocieplenia jej wizerunku. Obecna zaś moda na Designer Toys sprawiła, że ideałem stała się sytaucja, w której Barbie kojarzyłaby się potencjalnym klientom z fashion i designem. Pisałam już na łamach bloga o pokazie kolekcji inspirowanej lalką oraz wystawie jej wczesnych modeli w snobistycznej galerii Colette. W podobną strategię wpisuje się także praca Jocelyne Grivaud. Chociaż francuska artystka informuje, że ma do Barbie stosunek sentymentalny - ciężko oprzeć się wrażeniu, że jej projekt "Barbie, moja muza" powstał na zamówienie. Jest dziwnie zgodny z polityką firmy Mattel - próbuje zmienić wizerunek lalki i powiązać ją ze światem - tym razem - kultury wysokiej. Bez krytyki, za to w sposób budzący pozytywne konotacje. Można się czepiać, ale Barbie w roli muzy Warhola (u góry), Otto Diksa,
Vermeera (poniżej), Helmuta Newtona, Picassa czy Man Raya sprawuje się całkiem przyzwoicie.     




15:03, faktoria01
Link Komentarze (5) »
środa, 27 maja 2009


Adidas przygotował nie lada atrakcję dla wielbicieli sztuki miejskiej i stolicy Niemiec. Stronę Urban Art Guide,. Jak zapewniają jej twórcy - dla berlińskiego street artu jest ona tym, czym katalog dla wystawy. Choć brzmi to górnolotnie - bynajmniej nie są to czcze przechwałki. Strona dokumentuje, porządkuje i utrwala sztukę, której byt - ze względu na jej partyzancki charakter - nieustannie jest zagrożony. Nad jej zawartością czuwali historycy, a także sami artyści oraz pasjonaci street artu, którzy na bieżąco informują moderatorów o pojawieniu się świeżo namalowanych "eksponatów" lub ich zniknięciu.



Co więcej, ze strony można załadować na Iphone'a specjalną aplikację stworzoną w oparciu o Google Maps. Informuje ona turystę o tym, jakie niecodzienna dzieła znajdują się w pobliżu jego osoby. Dodatkowo, umożliwiają mu zwiedzanie berlińskiego street artu według przykładowej trasy lub przygotowanie własnej w oparciu o zdjęcia z galerii.  
17:38, faktoria01
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 maja 2009


To od rybki naszkicowanej na serwetce zaczęła się kariera Tonyego Harta. Podczas przyjęcia wykonał ją z typowym dla siebie zaraźliwym entuzjazmem, co sprawiło, że producent BBC z miejsca zaproponował mu angaż. Tak oto rozpoczęła się trwająca 50 lat kariera telewizyjna, podczas której skromny rysownik osiągnął status gwiazdy... programów dla dzieci. Na antenie bynajmniej nie ograniczał się do szkiców piórkiem i węglem, swymi gawędami nie budował niepotrzebnego dystansu. Zamiast tego pokazywał, jak niezwykłe rzeczy można stworzyć za pomocą przedmiotów codziennego użytku. Takich jak chociażby durszlak. Chodnik, jezdnia, plaża - niemal wszystko służyło mu za canvas. Przykładem rozbudzał wyobraźnię kolejnych pokoleń młodych Brytyjczyków, przy okazji - oswajając ich ze sztuką. Gdy w styczniu tego roku zmarł w wieku 83 lat, wychowani na jego programach widzowie postanowili udowodnić, że nauka kreatywności nie poszła w las. Nie tylko przekonali władze miasta, w którym urodził się Hart, o konieczności umieszczenia tablicy upamiętniającej prezentera. Dodatkowo postanowili oddać mu hołd, organizując za pomocą Facebooka niecodziennego flash moba. I to na dodatek tuż przed londyńską Tate Gallery!



Na chodniku umieścili ok. 200 pociesznych ludzików, wykonanych własnoręcznie z plasteliny. Były to podobizny Morpha. Postaci wymyślonej przez Harta, która towarzyszyła mu w programach od lat 70., komentując jego pomysły w swoim dziwacznym niezrozumiałym języku. Pojawienie się klonów Morpha w okolicy Tate Gallery zostało jednak odczytane właściwie. Tajemnica siły oddziaływania Tony'ego Harta tkwiła bowiem nie tylko w tym, że dużym dzieckiem był, ale także w jego talencie. W swojej wąskiej specjalizacji osiągnął wyżyny sztuki.
10:58, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 maja 2009
Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem poszerzenia bloga o informacje z naszego polskiego podwórka. Bo o tym, że dzieje się u nas, oj dzieje - nie wszystkim wiadomo. A tymczasem są rzeczy, o których powinno się mówić głośno i wyraźnie. I chwalić, bo co jak co, ale nieszablonowi ludzie zasługują na grad motywujących pochwał, a ciekawe inicjatywy warte są nagłośnienia i naśladowania. Chcieć to móc i o tym mam zamiar przekonywać Was w rubryczce "Dobre, bo polskie". Dzisiaj na pierwszy ogień pójdzie informacja, która od rana elektryzuje modową blogosferę. I pewnie wielu z Was o tym już wie. Nasza polskie szafiarki dopięły swego i pokazały, że w jedności siła. Efektem ich działań jest premierowy numer "Dilemmas Magazine", w którym pokazują własna wizję mody: świeżą, bezkompromisową, pomysłową, na swój sposób niewinną, pełną pasji, dziewczęcą, ale przede wszystkim opartą na czystej zabawie.



Obecne na rynku pisma modowe w żadnym wypadku nie powinny lekceważyć tego tytułu. Anna Wintour swego czasu dość nonszalancko podeszła do zjawiska mody ulicznej, internetu i programów pokroju "Project: Runway", przez co naraziła amerykański "Vogue'a" na opinię, iż nie nadąża za trendami. Jak pisze we wstępniaku Ewa Kosz "Dilemmas Magazine" jest właśnie taką "alternatywą dla tych, którym nie odpowiada modny świat przepełniony blichtrem i snobizmem", pismem "o Taniej modzie, o vintage, o szmateksach, lumpeksach, sieciówkach, o blogach, o młodych, zdolnych i o racjonalnym wydawaniu pieniędzy. Totalnie po partyzancku wkraczamy wkraczamy na rynek mody i nie zamierzamy z niego zniknąć". No i bardzo dobrze.
Więcej informacji o całym przedsięwzięciu znajdziecie m.in. na blogu Vintage Girl.
16:25, faktoria01
Link Komentarze (1) »


Brałam kiedyś udział w burzy mózgów, której celem było wygenerowanie pomysłów mających powiązać pewną markę komputerów ze światem mody. Podczas spotkania miałam wizję - oto w środku dnia piękne modelki pojawiają się na mieście w wieczorowych sukniach, w dłoni trzymając zgrabnego notebooka. Kreacje obowiązkowo od młodych zdolnych projektantów, ubrane zaś w nie dziewczyny wystylizować na manekiny i nauczyć mechanicznego poruszania się. Część z nich miałaby pojawić się na wystawie sklepu, inne na ulicy, dworcu, w centrach handlowych. Konwencja flash mobu wręcz idealna, by przechodniów i prasę zainteresować mariażem nowoczesnej technologii z talentem projektantów... "Pomysły są w powietrzu, wystarczy je złapać", twierdził pewien mój znajomy. Czasami jednak nie należy się do nich przywiązywać. Przedstawiony przeze mnie pomysł został niemal natychmiast odrzucony jako niespecjalnie atrakcyjny. Z powrotem znalazł się w przestrzeni niczyjej - powietrzu, a stamtąd - na szczęście - już półtora roku później został wychwycony przez pracowników agencji 180 Los Angeles, którzy akurat siedzieli nad briefem "Make Sony's newest PC fashionable"...



Za ich sprawą na przełomie lutego i stycznia bieżącego roku urodziwe manekiny opanowały Manhattan. Entuzjastyczne reakcje przechodniów sprawiły, że o całym wydarzeniu pisał m.in. także "The NY Times", a modelki z Sony Vaio poproszono nawet o pojawienie się podczas tygodnia mody...
Jak to ujęła jedna z osób poproszona o komentarz, takie niesamowite rzeczy mogą mieć miejsce tylko w Nowym Jorku. 



Więcej zdjęć znajdziecie tu.
10:45, faktoria01
Link Komentarze (4) »
środa, 20 maja 2009
Szerszej publiczności Michel Gondry może się co najwyżej kojarzyć z filmami "Zakochany bez pamięci" czy "Jak we śnie". Bardziej wtajemniczeni wiedzą, że ów francuski reżyser ma opinię wizjonera, który poszerzył język filmowej narracji o nowe techniki i środki wyrazu. Zachwyt widzów i krytyków wzbudzają jego clipy zrealizowane dla Bjork, The White Stripes czy Kylie Minogue, stworzony zaś dla marki Levi's spot "Drugstore" do dziś nie ma sobie równych pod względem ilości zdobytych nagród.



Powyższe informacje mają charakter encyklopedyczny, lecz mimo to żadnej z nich nie znajdziecie na stronie MichelGondry.com. Jest ona bowiem przedsięwzięciem czysto komercyjnym i bardziej niż wizytówkę artysty przypomina sklepik z wyprzedażą. Bo i czego tu nie ma? Nowiutkie DVD "Michel Gondry 2: More Videos Before and After DVD 1", komiks, kalendarz, a nawet... papier toaletowy (!) z rysunkami reżysera. Wszystko na wyłączność zagorzałych fanów artysty. Mnie osobiście najbardziej zaintrygowała zakładka "Sketch" z informacją, iż Gondry (ten, wielki Gondry!) za jedyne 19,95 dolarów narysuje mój portret. Kusząca propozycja? To nie wszystko! Jeżeli tylko wyrażę na to ochotę - moja podobizna natychmiast pojawi się na spersonalizowanej rolce papieru... Tylko pytanie: po co?


12:11, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 maja 2009

Wszelkie studia graficzne i agencje reklamowe to siedliska niewykorzystanej kreatywności. Jak dać jej zatem upust, aby zachowawczość klienta nie zamieniła się w wypalenie zawodowe pracowników? A genialny pomysły osiągnął poziom bytu nieco wyższy od notatki w zeszycie? Ratunkiem okazują się działanie PR-owe: firmy coraz częściej decydują się na różnego rodzaju publikacje, przedstawiające potencjał swoich pracowników. Jest to szczególnie powszechne w niewielkich kilkuosobowych firmach, które starają się zaistnieć na rynku zdominowanym przez sieciowe agencje. Na Zachodzie już pojawiła się płyta z remiksami pracowników pewnego studia producenckiego, inna agencja wypuściła na rynek swoje portfolio w wydaniu albumowym. Ostatnią ciekawą PR-ową inicjatywą jest książeczka dla dzieci... przeznaczona dla dorosłych.   



Jej wydawcą jest firma oferująca usługi z zakresu designu i strategii, Brighten The Corners. Książeczka "Stanley & Marvin" liczy sobie 80 stron, które zapełniają - utrzymane w stylistyce animacji z Ulicy Sezamkowej - ilustracje. Opowiadają one pełną melancholii historię  mężczyzny, który po długiej nieobecności wrócił do rodzinnego miasta... Co ciekawe, zarówno tekst, jak i rysunki w całości wykonano w oparciu o stworzone przez jednego z pracowników studia fonty. To już druga publikacja tej firmy. Wcześniejsza książeczka "Victor & Susie" adresowana była jednak dla dzieci, a jej autorami również był duet: Billy Kiossoglou (scenariusz i ilustracja) i Frank Philippin (fonty).   


18:43, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2009

Dla tego piekielnie zdolnego młodzieńca warto 7 sierpnia stawić się w Mysłowicach na Off Festiwalu. Jeremy Jay śpiewa, pisze i komponuje ballady z lekkością, której może pozazdrościć mu nie jedna leciwa gwiazda. Na wydanej właśnie płycie "Slow Dance" zaskakuje dojrzałością, w wywiadach zaś muzyczną erudycją, gdy skromnie wylicza swe źródła inspiracji - francuską Nową Falę, muzykę filmową, rock'n'roll... Gdy zaś w jednym z utworów pyta nonszalancko "Will You Dance With Me" - człowiek nawet z gipsem pokuśtykałby dla niego na parkiet.
Cóż, zdecydowany faworyt do tytułu Obsesji Miesiąca.

21:28, faktoria01
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 maja 2009
Audrey Tatou od dawna stara się zerwać z wizerunkiem Amelii. Ostatnio okazją ku temu była rola Coco Chanel. Kobiety pewnej siebie, niezłomnej wizjonerki, twardo stąpającej po ziemi artystki itp. itd. Do tego dodajmy fakt, że aktorka stała się twarzą marki Chanel, była więc na dobrej drodze, by w masowej wyobraźni stworzyć nową kreację własnej osoby. Los jednak lubi rzucać pod nóżki uroczej aktorki kłody... Reżyserię spotu najsłynniejszych perfum świata powierzono Jean-Perre Jeunetowi. Człowiekowi, który Amelię Poulain powołał do życia. Nic więc dziwnego że w reklamie Audrey znów wygląda jak Amelia. Wprawdzie starsza o kilka lat, ubrana bardziej elegancko, jednak to wciąż ta niepoprawna romantyczka ze skłonnościami do neurotycznych zachowań. Szkoda tylko, że miejsce Mathieu Kassovitza zajął u jej boku model Travis Davenport.


19:00, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 maja 2009
Jeden z najbardziej płodnych współczesnych artystów Takashi Murakami posiada olbrzymią cyfrową bibliotekę swoich prac. Tworząc nowe grafiki, często wykorzystuje motywy z wcześniejszych prac, do woli je mieszając i przetwarzając.
W erze nowych mediów i dominacji komputera taki styl pracy nie jest niczym zaskakującym. O wiele większą niespodzianką jest natomiast fakt, iż technika "kopiuj, wklej" stosowana była także kilkadziesiąt lat temu i to przez studio Walta Disneya.



Disney-ressemblance
by Vinichou

Tego typu proceder można zauważyć szczególnie w animacjach z końca lat 60. i 70. Na jego pojawienie się bynajmniej nie miały wpływu napięte deadliny. Kiedy w 1966 r. zmarł Walt Disney, przyszłość studia była niepewna. Postanowiono więc wykorzystać sprawdzone patenty, aby nowym produkcjom nadać Disneyowski styl, a tym samym zapewnić im ciągłość stylistyczną oraz sukces artystyczny. Czy efekt osiągnięto, to już inna sprawa.
10:47, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 maja 2009
T-Mobile ukochał sobie flash moby. Nic dziwnego - styczniowy event z tancerzami wyginającymi się wdzięcznie na dworcu w Liverpoolu okazał się prawdziwym hitem, a chęć udziału w akcjach brendu wyraziło ponad 13 tys. osób. Aż tyle bowiem ludzi zjawiło się o wyznaczonej porze na placu Trafalgare, aby wziąć udział w kolejnej odsłonie kampanii "Life's for Sharing". Organizatorzy przygotowali zaledwie 2 tys. mikrofonów, więc ich niewielka liczba stała się zachętą do powszechnej integracji. Choć event zorganizowano na większą skalę - zaproszono nawet VIP-a - filmik z wydarzenia nie stał hitem na YouTubie. Być może dlatego, że jako pierwsze pokazano tłumne wykonanie "Hey Jude". Piosenki, która choć ładna, powszechnie znana etc. - odsłoniła słabość karaoke jako rozrywki w ogóle. Czasami po prostu nawet 13-tysięczny tłum nie jest w stanie wykrzesać z siebie tyle charyzmy i energii co jeden (ale za to jaki!) zespół - zwłaszcza wtedy gdy chodzi o wykonanie ballady. A wówczas widzowie gorzej się bawią od uczestników imprezy.



Organizatorzy zapewniają, że w najbliższych tygodniach zamieszczą na YouTubie nowe odsłony karaoke. Będę je śledzić uważnie. Jak na razie większą niespodzianką są dla mnie się amatorskie relacje z akcji, zwłaszcza to poniższe. Któż by pomyślał, że Pink kiedykolwiek będzie w stanie "takes onother piece of my heart". No, no, no.

20:00, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 maja 2009


Od zeszłego czwartku jestem wielką fanką powyższej reklamy. Tego bowiem dnia w dość dziwacznych okolicznościach złamałam nogę. Teraz próbuję szybko opanować sztukę chodzenia o kulach. Im gorzej mi to wychodzi, tym większym szacunkiem darzę występującego w spocie
Billego Shannona.
Reklama Visy to bynajmniej nie komputerowy trick, lecz pokaz umiejętności tego niezwykłego artysty. Bill od urodzenia cierpi na poważną chorobę bioder, przez co jego nogi nie są w stanie udźwignąć ciężaru ciała.



Zamiast się załamać - Amerykanin potraktował chorobę jako środek autoekspresji, a z kul uczynił znak rozpoznawczy swej twórczości. Pojawiają się zarówno w jego instalacjach, rysunkach czy perfomersach. Co więcej, Bill wymyślił niecodzienny sposób przemieszczania się o kulach, w którym wykorzystuje elementy tańca i skateboardingu. Nakręcony 2 lata temu teledysk Rjd2 "Work It Out" to prawdziwy pokaz jego sprawności: grację ruchów podkreśla choreografia przygotowana oczywiście przez samego Billego.



Nie czarujmy się: gdyby nie sukces tego clipu i jego viralowej poetyka - nie byłoby spotu Visy. Przed zarzutem plagiatu - a taki już pojawił się w sieci - agencja Saatchi &Saatchi broni się, podając skład ekipy przygotowującej reklamę. Poczynania Billego Shannona znów utrwalił ten sam reżyser Joey Garfield, co ma rzekomo tłumaczyć wszelkie podobieństwa.
----------
No cóż, przede mną jeszcze 5 tygodni, podczas których wytrwale będę próbowała zbliżyć się choć ciut ciut do poziomu Billego. Filmiku z tych prób nie znajdziecie jednak w sieci.
21:56, faktoria01
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 maja 2009


Chociaż Beth Ditto słynie z wyczucia stylu, jej ciało nie mieści się nijak w rozmiarze 42. Ów fakt musiał spędzać sen z powiek brandmanagerom marki Evans. Wprawdzie docenili potencjał marketingowy liderki The Gossip, proponując jej stworzenie własnej linii ubrań - znacznie gorzej poszło im z zaakceptowaniem wymiarów Beth. Jest to o tyle dziwne, ponieważ kolekcja słynącej z afirmacji własnych kształtów piosenkarki z założenia miała być przeznaczona dla pań o większych gabarytach.
W rezultacie w materiałach promujących kolekcję pojawi się plastikowy sobowtór piosenkarki. Szczuplejszy i ładniejszy. Z laleczki jednak nie są zadowoleni ani fani piosenkarki, ani kolekcjonerzy figurek. Ci pierwsi podkreślają, że niepokorna, feminizująca Beth Ditto nie jest typem Barbie. Tych drugich zaś denerwuje fakt, iż lalkę wyprodukowano jedynie w jednym egzemplarzu.



Zdjęcia pochodzą z Vogue'a i The Moment.
20:49, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 kwietnia 2009
Uwielbiam laleczki Momiji. Są tak rozkosznie słodkie, że nawet fakt, iż nie są tworem specjalnie oryginalnym mi w ich przypadku nie przeszkadza. Bo Momiji to angielska odpowiedź na winylowe figurki i kolejny już - obok Tokidoki czy Harajuku Lovers - przejaw mody na Japonię. W tym przypadku mamy do czynienia z nawiązaniem do tradycyjnych laleczek Kokeshi, wręczanych w dowód sympatii najbliższym. Na podobnym przekazie - "Spread love" - oparto filozofię Momiji. To właśnie przekazywaniu ciepłych słów czy życzeń ma służyć karteczka, która znajduje się wewnątrz każdej laleczki.



Momiji znajdują uznanie u kolekcjonerów, którzy doceniają ich różnorodność. Jak na figurki przystało, ich wygląd to zasługa młodych projektantów. O tym jak powstaje design laleczek - przeczytacie u Joanny Zhou. Artystka przez pół roku relacjonowała na swoim blogu pracę nad laleczką, bogato dokumentując projekt licznymi zdjęciami. Warto zajrzeć.



Na customizacji nie kończy się kontakt młodych twórców z Momiji. Ostatnio studentom Chelsea College of Art and Design in London zaproponowano, by stworzyli filmik z udziałem laleczek. Pierwsze produkcje już zostały udostępnione w sieci. Zaskakują przewrotnością - Momiji nie jest już bez skazy - przypisano jej m.in. skłonność do irytacji, bujny życiorys i nieoczekiwane pochodzenie...

12:18, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 kwietnia 2009


Na początku było pytanie: jak przestrzeń odzwierciedla kreatywność jej właściciela. Odpowiedzi na to pytanie amerykański fotograf Tom Selby poszukiwał w mieszkaniach i pracowniach nowojorskiej śmietanki artystycznej, a powstałe tam zdjęcia umieszczał na pod adresem The Selby.com. Uruchomiony w sierpniu ub. roku fotoblog szybko zyskał sobie popularność, z liczbą odwiedzin na poziomie 30 tys. wejść dziennie. Pan Selby aktualizował swą stronkę kilka razy w tygodniu, dodając fotki mieszkań kolejnych disegnerów, muzyków, stylistów, projektantów, wydawców magazynów i wszelkiej maści artystycznych duszyczek, które wkrótce same zaczęły zapraszać go w swoje skromne progi. Od przemyślanych po najdrobniejsze detale aranżacji wnętrz przez eklektyczne lofty po składziki, przypominające wysypisko śmieci. W Nowym Jorku, Londynie czy Meksyku - niemal wszędzie Selby uwieczniał przedmioty ładne, jak i ważne - przykłady najnowszych trendów sztuki użytkowej, jak i zdobycze z pchlich targów i pamiątki po babci. Związane z nimi historie niekiedy udawało mu się także utrwalić kamerą.


"I Love David" book by Harry Malt video by The Selby from the selby on Vimeo.



To właśnie ów potencjał fabularny i kronikarski charakter zdjęć w dużej mierze zadecydował o sukcesie projektu. Zdjęcia - choć przedstawiają wnętrza - przede wszystkim należy traktować jako portret ich mieszkańców - często ekscentrycznych i nieobliczalnych, zawsze jednak mających na podorędziu ciekawą anegdotkę (wśród sfotografowanych m.in. Michael Stipe, lider R.E.M. czy Alexander Wang).





Jedne z ostatnich umieszczonych na stronie fotek przedstawiają już nie mieszkanie, lecz... moją ukochaną paryską galerię Colette. Jej właścicielka postanowiła bowiem pokazać wnętrzarskie zdjęcia Toma Selby'ego francuskiej publiczności.
20:09, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
...dotarła do reklamy, a wraz z nią bohaterowie pewnie nie tylko mojego dzieciństwa.

W najnowszym spocie motoroli - new Terminator is born:)



I jeszcze jeden przystojniaczek z lat 80 - tym razem w reklamie firmy Jotun. Uwaga - genialne!

22:04, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
Płótno to przeżytek. Współcześni artyści malują już figurki, opakowania, matrioszki, kucyki, muszle klozetowe... To nie koniec. Zaszczytu customizacji dostąpił także najbardziej charakterystyczny w popkulturze hełm. Własność Lorda Vadera.



Idea The Vader Project zrodziła się w 2007 r. Dov Kelmer i Sarah Jo Marks, współzałożyciele DKE Toys, wykorzystali swoje koneksję w światku artystycznym, by uczcić 30. rocznicę kultowego "Star Wars". Wybranym 66 designerom z kręgu graffitti i low brow wręczyli replikę hełmu Dartha Vadera, ci zaś ochoczo zabrali się do zamalowywania tego niecodziennego płótna. Ich dzieła przypadły do gustu nawet sympatykom Jedi, a sama wystawa wkrótce przybrała obwoźny charakter - prosto z Los Angeles pojechała m.in. do San Diego, Japonii i Londynu.

Add c4_vaderproject to your page

Liczba eksponatów składających się na The Vader Project stale wzrasta. Ekspozycja wystawiona obecnie w The Andy Warhol Museum w Pitsburghu liczy sobie już nie 66, lecz 100 hełmów, w tym m.in. Gary'ego Basemana, Franka Kozika czy twórcy Ugly Dolls Davida Horvatha. Miejcie na uwadze dalsze losy hełmów. Dov Kelmer i Srah Jo Marks już teraz zapowiadają, że po zakończeniu turnee po muzeach i galeriach, wystawią eksponaty na aukcję. Warto wówczas przepuścić na nie kontratak.
Więcej zdjęć znajdziecie na flickr.com.
21:00, faktoria01
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 kwietnia 2009


Chociaż Stanley Kubrick nie zdążył ukończyć filmu "I.A.", Takeshi Murakami spędził aż 6 lat nad rzeźbą, zainspirowaną planami amerykańskiego reżysera. W 2004 r. Japończyk zaprezentował gotowego już nastoletniego kosmitę Inochi w galerii Los Angeles, a potem wysłał go w tourne po Europie... Rzeźbę reklamowały plakaty i  powstałe na wzór japońskich reklamówek filmiki o targanym hormonami kosmicie.



Murakami jest jednym z najbogatszych współczesnych artystów, równie utalentowanym artystycznie, co marketingowo. Chociaż Inochi różni się stylistycznie od jego wcześniejszego dorobku jego narodziny przyjęto niezwykle entuzjastycznie. Artysta postanowił
więc iść za ciosem i wspólnie z firmą Medicom Toy wypuści na rynek repliki kosmicznej rzeźby. Wyposażone w mundurek szkolny i plecak. Pierwsze egzemplarze - powstałe po 3 latach intensywnej pracy - można było do wczoraj podziwiać w należącej do artysty galerii Kaikai Kiki. Sprzedaż limitowanej edycji figurek ma ruszyć w czerwcu - koszt jednej zabawki: ok. 1500 dolarów.


22:32, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 kwietnia 2009


..i przyjemnych doznań nie tylko od Święta!
19:07, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 kwietnia 2009


"Guardian" prowadzi rubryczkę zatytułowaną "My space", w której mniej lub bardziej znane osoby opowiadają o swoim mieszkaniu. Powyższe zdjęcie przedstawia lokum Lauren Child, ilustratorki i autorki książek dla dzieci, znanej także w Polsce m.in. dzięki serii o Charlim i Lolie oraz Clarice Ben. Autorka zwierza się, że jej styl wnętrzarski przypomina wystawkę sklepiku, którego właściciel ochoczo prezentuje zgromadzone bibeloty, gadżety i inne przedziwne dekoracje. Owa przypadłość nie jest tylko udziałem Brytyjki. Moje znajome mają podobnie. Podobnie mam i ja. Od roku jestem szczęśliwą właścicielką M2 i mimo że co jakiś czas obiecuję sobie wprowadzić w domu rządy minimalizmu - jak jest naprawdę - wiedzą najlepiej moi goście. Mam nadzieję, że gdy moje mieszkanie będzie już w pełni urządzone - będzie to równie żywa i inspirująca przestrzeń jak ta, w której mieszka i tworzy Lauren Child.
13:04, faktoria01
Link Komentarze (4) »
Na ten chwalebny tytuł w tym tygodniu zasłużył sobie zespół Suede. Przyznam szczerze, że gdy kilka dni temu usłyszałam znów ich piosenkę "So young" - łza nie tylko zakręciła mi się w oku, ale także spłynęła wartko po policzku. Taaaak - latka lecą, a człowiek staje się sentymentalny. Ostatni raz słyszałam tę piosenkę jakieś 15-16 lat temu. Grunge i Jaremy jakoś specjalnie do mnie nie przemówili. Co innego - Brett Anderson. Zamiast wyciągniętego swetra - elegancja dandysa, zamiast poga - zwinne kocie ruchy. No i ten wokal - któż piękniej zawodził wówczas tak łzawo? Nic dziwnego, że zaczęłam się wówczas bardziej interesować muzyką.



Żal, że historia sukcesów Suede tak szybko dobiegła końca. Solowe projekty Bretta nie mają już tej siły uwodzenia, stylistycznie utknęły na mieliźnie lat 90. A i artysta sam już sobie nie dorównuje nonszalancją i wdziękiem... W wersji so young jest mi wciąż jednak bliski.

11:17, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2009


Więcej o oceanarium znajdziecie tutaj.
22:00, faktoria01
Link Dodaj komentarz »


Nie tylko wśród dzieci książeczka Maurice'a Sendaka "Where The Wild Thing Are" cieszy się mianem kultowej. Do jej fanów należy także Spike Jonze. Twórca "Być jak John Malkovitch" i "Jackassów" poświęcił ostatnie kilka lat, by jej fabułę przenieść na ekran. O tym, czy jego alternatywne korzenie i oryginalny styl znajdą swe odbicie w filmie, będzie można ocenić już w październiku (polska premiera - miesiąc później). Oby polski dystrybutor zachował oryginalną ścieżkę filmu - znajdują się na niej m.in. takie perełki jak utwory Arcade Fire czy Karen O.



Wybór deskorolek firmy Girl Skateboard jako gadżetów filmowych nie zdziwi pewnie osób znających biografię reżysera. Spike Jonze zaczynał właśnie jako twórca klipów o wyczynach skateboardzistów.


15:29, faktoria01
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 marca 2009


Nokia i agencja Wieden & Kennedy wymyśliły dość banalne zadanie konkursowe. Internauci mieli stworzyć projekt słuchawek bluetooth inspirowanych ulubionym utworem. Najciekawsze pomysły zostały zrealizowane, by w kwietniu pojawić się na wystawie jednego z londyńskich salonów Nokii. Chociaż o gustach się nie dyskutuje, o słuchawkach warto. Te ze skrzydłami zostały stworzone przez wielbiciela utworu "I Believe I Can Fly" R Kelly. Największy wpływ zaś na twórcę poniższego projektu miał "Thriller" Michaela Jacksona. Jak widać - pop jako źródło inspiracji wcale nie jest taki zły. Więcej na stronie konkursowej.


14:53, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 marca 2009


Przyznaję, miałam dzisiaj niezły dylemat. Kogo dać do rubryczki Obsesja tygodnia? Rozbrykaną Lily Allen, której wybaczam wszystkie grzeszki (nawet te muzyczne)? Czy może mroczną, lecz nie pozbawioną ambicji Natashę Khan aka Bat for Lashes? Jeżeli mam być szczera - nie jestem big fanem żadnej z pań, nie mam ich płyt, a muzyczka, która właśnie leci mi w kompie, to najnowszy Bonnie Prince Billy. Mój problem z podjęciem decyzji wynika najzwyczajniej z zupełnie innego, pozamuzycznego faktu. Uwielbiam oglądać zarówno Lily, jak i Natashę Khan - nie dość, że obie są niezwykle stylowe i fotogeniczne, to na dodatek obie mają szczęście do niezwykle utalentowanych reżyserów. Na dniach zaś miała miejsce premiera ich nowych clipów, które - akurat co do tego nie mam wątpliwości - można podziwiać niemal w nieskończoność. Co ciekawe, podobny typ urody wokalistek sprawia, że oba teledyski zestawione razem tworzą spójny portret: jak gdyby współczesna wielkomiejska dziewczyna odsłaniała przed widzem dwie dopełniające się strony swej osobowości. Dla wzrokowców wyborna to uczta.

1. Lily Allen "Not fair"


2. Bat for Lashes "Daniel"

00:33, faktoria01
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
statystyka
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Reklama na blogach - Blogvertising.pl